Koniec świata krytyki

Tydzień temu wszyscy emocjonowali się końcem świata. Ileż to było żartów na ten temat w mediach. Karierę zrobił przy okazji wiersz Miłosza z nieśmiertelną frazą: „Innego końca świata nie będzie”. Co bardziej przenikliwi felietoniści formułowali myśl, że przecież każdego dnia świat się kończy. Nie chciałbym się wdawać w spekulację, czy wszystko się jednakowo kończy, bo mam wrażenie, że niektóre przejawy świata są żywotne i coraz bardziej żywotne, i to życie wydaje się bardziej męczące niż śmierć. Ale trzeba też stwierdzić z pewną dozą obiektywizmu, że w istocie niektóre rzeczy dobiegają kresu, może nawet już dobiegły, i stało się to jeszcze przed 21 grudnia. Nie wiem, czy to kończenie się jest zauważalne i szczególnie przykre, ale jednak jest. W każdym razie mnie jest trochę smutno, że tak niepostrzeżenie ducha wyzionęła na przykład krytyka teatralna.
Przejrzałem, co w dziale „Recenzje” zamieszczono w ostatnich tygodniach na wortalu e-teatr.pl. Daje on niewątpliwie wgląd w to, co w recenzenckiej trawie piszczy. I rzeczywiście są to piski myszy. Z zestawu opublikowanych tekstów wynika, że podstawowym miejscem uprawiania krytyki teatralnej jest dzisiaj portal Teatr dla Was. Napisałem „uprawiania”, choć może lepiej byłoby określić tę działalność mianem: „wprawiania”. W przeważającej bowiem mierze są to szkolne próbki recenzji, których styl czasami nadawałby się do dawnej Przekrojowej rubryki „Humor zeszytów”. Oczywiście godny wsparcia jest sam fakt, że młodym ludziom chce się pisać o teatrze. Pamiętam też, co studentom Wiedzy o Teatrze mówił Jerzy Koenig: trzeba napisać sto tekstów złych, żeby wreszcie powstał jeden dobry. Portal Teatr dla Was daje więc taką szansę ćwiczenia, choć nie wiem, czy wszyscy musimy być tych wysiłków świadkami. Gorzej, że te amatorskie próby stają się surogatem profesjonalnej krytyki teatralnej. A tak się dzieje w momencie przedrukowania tekstów na e-teatrze.

Stało się tak, że niektóre przedstawienia nie mają żadnego innego omówienia poza recenzjami z Teatru dla Was. Rzecz jasna nie jest winą czeladników, że wchodzą w rolę majstrów. Bo majstrów po prostu nie ma albo potracili swoje warsztaty. Krytyka teatralna, jak wiadomo, narodziła się wraz z prasą. Wieszczy się teraz koniec prasy drukowanej. Jeśli to rzeczywiście nastąpi, to już jedną z oznak procesu jest zrzucanie przez redakcje niczym balastu recenzji (nie dotyczy to tylko teatralnych). W dziennikach ogólnopolskich tekstów recenzenckich jest tyle co kot napłakał. Nagminne się stało, że wiele premier nie jest odnotowanych. Pomijam fakt, że w „Gazecie Wyborczej” spektakle omawiane są pod względem zgodności z wyrazistym światopoglądem recenzenta – co sprawia, że bez trudu można rozpoznać, jakie przedstawienia w ogóle zostaną zrecenzowane i na pewno pozytywnie, jakie się nie spodobają, a jakie będą pominięte. (A propos „Gazety”: jej dodatek warszawski już od dłuższego czasu nie publikuje recenzji. Jakże miłym zaskoczeniem był więc fakt, że popremierowego tekstu doczekał się najnowszy spektakl Teatru Syrena Halo Szpicbródka. A jeszcze większą niespodzianką było to, że recenzję napisał Witold Sadowy – niestrudzony autor pośmiertnych wspomnień o ludziach teatru. Można by to jakoś dowcipnie skomentować, ale daruję sobie.)
Zamiera krytyka teatralna na łamach opiniotwórczych tygodników. Jaką potęgą jeszcze niedawno wydawał się „Przekrój”, mając na swoich łamach kwartet: Nyczek, Sieradzki, Drewniak, Wakar. Dzisiaj ich wszystkich zastąpił Nowak, co ma również pewien wymiar symboliczny. Bo Nowak jest już bodaj jedyną oznaką życia krytyki teatralnej – on akurat jest wszędzie: w prasie, telewizji, radiu, internecie. (Ale o Nowaku nie będę pisał, bo niektóre moje koleżanki bardzo się denerwują, że zbyt wiele mu poświęcam uwagi.) A co z kwartetem? Nyczek wylądował w Teatrze Ateneum. Sieradzki ma parozdaniową rubryczkę w magazynie kobiecym. Drewniak został recenzentem lokalnym. Wakar poszedł do radia, czasami coś opublikuje we „Wprost”. W innych tygodnikach sytuacja też jest marna, nawet w „Tygodniku Powszechnym”, który nieźle broni się przed skretynieniem, omawiane są premiery filmowe czy książkowe – teatralne tylko od wielkiego święta.
Nie chcę w tym miejscu zajmować się krytyką teatralną na łamach pism specjalistycznych. Krytyka, jeśli ma istnieć i mieć jakiś sens, nie może ograniczać swej obecności do getta środowiskowego. To też jest znak uwiądu.
Oczywiście nowym medium dla krytyki teatralnej może być internet. Zresztą na liście opublikowanych na e-teatrze recenzji większość już ma źródło w sieci, na różnych portalach, blogach etc. Tyle tylko że z obecnością krytyki teatralnej w internecie jest ten sam problem, co z opiniotwórczym dziennikarstwem czy z fachową publicystyką. Zawodowcy jednak się bronią przed internetem, bo kto im będzie tam płacił za porządny tekst? A wiedza też kosztuje. Na razie dzięki łatwości publikacji w internecie każdy, kto napisze parę zdań wrażeń po przedstawieniu może uchodzić za krytyka teatralnego. W ten sposób tworzy się ogromny śmietnik informacji, ocen, z których trudno wyłowić miarodajne opinie. A w końcu o to chodzi również w dobrej krytyce.
I tak krytyka zdycha w starych mediach, w nowych nie może znaleźć jeszcze odpowiedniej formy komunikacji. I dzieje się to wszystko w momencie, gdy wbrew pozorom życie teatralne jest dość bujne, domaga się opisu, interpretacji i oceny.

760 odwiedzin

16 Comments

  1. Panie Wojciechu recenzje z TdW bywają na różnym poziomie, np. recenzje Szymona Spichalskiego czy Marka Kubiaka merytorycznie są naprawdę niezłe,to nie są wprawki. Na pewno są dużo lepsze niż recenzje Witka Mrozka, który jest apologetą Strzępki i Demirskiego, teatru lewicowego i wielkim wrogiem twórców, za którymi nie przepada Maciej Nowak (przede wszystkim Słobodzianek, trochę mniej Glińska)

    Reply

    • Napisałem, że recenzje z portalu Teatr dla Was „w przeważającej mierze” są szkolnymi wprawkami. Nie oznacza to, że wśród piszących nie ma osób zdradzających talent, które w przyszłości mogłyby dokonać zmiany na posterunku krytyków. Problem tylko w tym, czy te posterunki jeszcze istnieją? A teraz sytuacja wygląda tak, jak byśmy byli skazani na oglądanie meczów juniorskich. Może fajnie grają, ale Liga Mistrzów to nie jest.

      Reply

  2. Czytając Pana wpis skojarzyła mi się pochodząca sprzed dwóch lat wypowiedź Prince’a, dotycząca pomysłów na poszukiwanie skutecznych kanałów dystrybucji muzyki. Prince, obrażony na zerojedynkowy świat miał wypalić „The Internet’s completely over”.

    Ten rodzaj sceptycyzmu bywa zabawny, ale prowadzony na szeroką skalę doprowadził do sytuacji, w której różnica pokoleń jakoś nie może się zsychronizować z dynamiką zmian mediów.

    Mam dwa powody, żeby bronić i wierzyć w krytykę w internecie. Po pierwsze – przestałem kupować prasę codzienną i tygodniki opinii. Zrobiłem to dokładnie z tego powodu, o którym Pan wspomina – marginalizowania w tych mediach roli kultury, ze szczególnym wskazaniem na teatr. Drugi powód – sam prowadzę bloga skupionego wokół rozmaitych aktywności kulturalnych i zwyczajnie – podobają mi się wymagania, jakie autorowi stawia ta forma komunikacji z odbiorcą.

    Grono ludzi prowadzących w Polsce blogi o tematyce teatralnej jest bardzo wąskie, ale nie lekceważyłbym siły tego medium. Wystarczy spojrzeć na ilość odsłon Pana wpisów – dorównują one nakładom „branżowych” miesięczników.

    Dostrzegam duży problem w sposobie, w jaki funkcjonuje i centralizuje polski teatr w internecie portal e-teatr.pl Przy niezywkłym bogactwie zawartych tam informacji i materiałów jest wyjątkowo niestabilnym, nieintuicyjnym narzędziem. Ma anachroniczny, bałagarniarski layout, zły system wyszukiwania, nie wykorzystuje swoich możliwości jako portal społecznościowy i jest drętwy, jako forum do dyskusji na tematy związane z teatrem. To są problemy… techniczne, które przekładają się na jakość naszego teatralnego życia w internecie.

    Dodam jeszcze, że nie tylko „Teatrem dla was” polska krytyka internetowa stoi. Trzeba przy tym wątku wspomnieć o dobrej robocie, którą wykonuje się na tym polu np. w „Dwutygodniku”.

    Od siebie wspomnę jeszcze tylko, że największym orędownikiem śledzenia dynamiki zmian związanej z krytyką w dobie Internetu był, w czasie moich studiów na Wocie, właśnie Jerzy Koenig. Ten temat pojawiał się wielokrotnie na zajęciach z Teatru Dzisiejszego. Koenig śledził nasze wypociny, które ukazywały się np. w „Nowej Sile Krytycznej”. Zdarzało mu się też nie raz, zapewnie nie bez satysfakcji, zawstydzić nas tym, że udało mu się w sieci znaleźć jakieś istotne miejsce poświęcone teatrowi, o którym nie mieliśmy pojęcia.

    Na tym zakończę, bo zaraz ktoś mnie oskarży o pokusę tabloidyzowania teatru.

    Pozdrawiam Pana serdecznie.

    Reply

  3. Kilka uwag w odpowiedzi na Pana komentarz, za który serdecznie dziękuję:
    1. Akurat mnie osobiście nie trzeba nawracać na internet, ponieważ byłem chyba pierwszym krytykiem teatralnym, który uruchomił taką formę komunikacji w sieci, jaką jest blog. Prowadzę go z lepszym, gorszym skutkiem już ponad trzy lata. Ale ja w momencie uruchamiania tego eksperymentu byłem w innej sytuacji niż koledzy, którzy czynnie uprawiają krytykę teatralną. Z moim strony była to zupełnie prywatna inicjatywa, niczego nie zastępująca, bo w tym czasie podstawowym miejscem mojej pracy była już telewizja. Zresztą mój blog nie jest wyłącznie poświęcony krytyce teatralnej, regularnych recenzji nie ma tu zbyt wielu (nie piszę o wszystkich spektaklach, które oglądam).
    2. Rozumiem opory przed internetem kolegów, którzy jeszcze próbują uprawiać krytykę w tradycyjnych mediach. Dlaczego mają udostępniać owoce swej pracy za darmo? Bo w gruncie rzeczy pytanie o możliwości przejścia krytyków czy w ogóle dziennikarzy do internetu dotyczy tak naprawdę szans na profesjonalne wykonywanie pracy w tym medium. Wspomina Pan Dwutygodnik. Ale jego wysoki poziom jest związany również z tym, że autorzy mają tam, z tego, co wiem, zapewnione wynagrodzenie za publikację tektów. To nie jest amatorska strona miłośników sztuki. Być może w przyszłości takich miejsc w internecie będzie więcej. Mogę sobie wyobrazić fajne pismo teatralne funkcjonujące tylko w sieci, ale na razie nie umiem wskazać, kto by je utrzymywał? Niestety nie sądzę, żeby byli do tego chętni sami czytelnicy.
    3. Oczywiście z ciekawością śledzę wszelkie inicjatywy dotyczące tematyki teatralnej w internecie. Również żałuję, że tak beznadziejny poziom ma forum e-teatru. Cieszą mnie nowe inicjatywy blogerskie, takie jak Pana czy ostatnio Bartka Miernika. Ale pisanie bloga ma sens tylko wtedy, kiedy rzeczywiście robi się to w miarę regularnie przez dłuższy czas. Czytałem już niezłe blogi także teatralne, które po paru miesiącach zanikały. Niestety w tej robocie potrzeba też wytrwałości. Czego sobie i Panu życzę.
    PS. Ja jakoś za Princem nie przepadam.

    Reply

  4. Nie zagarniając tego złożonego tematu tylko do kwestii Sieci, pozwolę sobie krótko odpowiedzieć.

    1) Zakładając swojego bloga przed rokiem miałem jedną, zasadniczą obiekcję. Wydawało mi się, że wobec portali społecznościowych z funkcją mikroblogowania prowadzenie „tradycyjnego” bloga może być anachroniczne. Dziś myślę o tej wątpliwości, jako o czymś, co uświadomiło mi tempo zmian, jakie dokonują się w formach komunikacji. Sądzę, że nie ma prostej odpowiedzi na pytanie o to, czy uzbrojony w narzędzia krytyczne profesjonalista powinien za tym tempem podążąc, czy mu się opierać. Z pewnością jednak nie powinien go lekceważyć.

    2) Również rozumiem te opory. Nie towarzyszy im jednak żaden publiczny wyraz. Pamiętam, że ostatnia, zakrojona na szeroką skalę debata na temat stanu krytyki teatralnej w naszym kraju odbyła się na łamach „Dziennika” w 2007 roku. Wydaje mi się, że kwestie, które Pan poruszył w swoim wpisie nie są bardziej błahe od problemów, które wywołały tamtą debatę. Różnica jest chyba jednak taka, że niekoniecznie jest dziś forum publiczne, które byłoby zainteresowane dyskusją wokół nich. Była ku temu okazja, przy okazji publikacji komentowanego także przez Pana tekstu Michała Kmiecika na łamach portalu e-teatr.pl Nie została wykorzystana. Nie wiem, czy stało się najlepiej.

    3) Wobec systemowego zaniku zainteresowania mediów krytyką teatralną działalność redaktorów portali internetowych, blogerów i rozproszonych pasjonatów chciałbym widzieć jako działanie homeopatyczne. Warto szukać dla nich pola ekspansji, żeby, parafrazując Bareję, przypomnieć, że „jest jakieś życie na osiedlu”. Ale to wymaga konsolidacji. A z tym jak zwykle może być największy kłopot.

    Reply

    • Generalnie zgoda. Być może wszystko jak zwykle rozbija się nie o narzędzia (jakimi są tradycyjne albo nowe media), ale o ludzi – ich osobowości, talenty, umiejętności, pasję, wolę działania, siłę. Może jesteśmy trochę za słabi w rzeczywistości, która stawia nowe wymagania?

      Reply

  5. Pozdrawiam serdecznie i jako komentarz przesyłam wpis na swój blog w tej sprawie

    O mediach dramatycznie

    Są dwie szkoły. Jedna powiada, że świat się zmienia i nie ma co dramatyzować, tylko trzeba się pogodzić i opanować sztukę dostosowywania się. Druga szkoła twierdzi uporczywie, że owszem, zmienia się nasz świat, ale możemy niektóre zmiany spowolnić, inne przyspieszyć, a jeszcze innym zapobiec. Dyskusję o przydatności mediów dla instytucji artystycznych traktuję jako wyraz hołdu dla tej drugiej szkoły i przekonania, że istnieje szansa spowolnienia, a może zapobieżenia agonii tych instytucji. To, że Operze Bałtyckiej pomoc mediów jest niezbędna i że w ostatnim roku odczuwamy poważny niedosyt współpracy z dziennikarzami zajmującymi się kulturą, jest sprawą oczywistą. Rzecz w tym, ilu jest w ogóle w Trójmieście dziennikarzy poważnie zajmujących się kulturą i sztuką? Z pewnością jest ich coraz mniej, a fakt, że „Gazeta Wyborcza” zlikwidowała odrębny dotąd dział kultury, jest wiadomością tragiczną. Przez zajmowanie się instytucjami artystycznymi rozumiem przede wszystkim pisanie fachowych recenzji z premier, ale również śledzenie na co dzień oferty instytucji i monitorowanie zmian kadrowych, interesowanie się wybitnymi osobowościami i zadawanie pytań, dlaczego tak się sprawy toczą a nie inaczej. Wiadomo, że krytyka artystyczna była niegdyś dyscypliną ważną na mapie kultury. Znawcy wyspecjalizowani w swoich dziedzinach byli pomostem pomiędzy wydarzeniami muzycznymi, teatralnymi i innymi, a nie zawsze przygotowaną do świadomego odbioru dzieł sztuki publicznością. Rozszyfrowywali zawiłe metafory, klasyfikowali zjawiska, interpretowali je na tle szerszych struktur społecznych. Pomagali artystom zrozumieć siebie samych, utrzymywać dyscyplinę i dbać o proces samodoskonalenia się. Piszę o tym z przygnębieniem w czasie przeszłym, bo krytyka artystyczna została zepchnięta do rezerwatów specjalistycznych periodyków, które czytane są tylko przez piszących tam krytyków oraz przez artystów, o których coś zostało aktualnie napisane. Recenzentów sztuk wszelakich w gazetach codziennych, czy popularnych tygodnikach można w Polsce policzyć na palcach jednej ręki. Góra pięć nazwisk na głowę każdej z Muz. Żeby się nie dać zepchnąć do rezerwatu jak reszta, piszą krótko, agresywnie i dowcipnie. Często realizują jedynie słuszną linię danej redakcji i dbają bardziej o sympatię czytelników, niż o jakąkolwiek sztukę, czy artystę, o którym aktualnie informują. No, chyba, że to koleżka z tego samego podwórka, czy wręcz osoba bliska i kochana, której działalność artystyczna jest przygotowywana wspólnie w zaciszu domowym. A przecież do oceniania i polemizowania z dziełem sztuki potrzebne są oprócz fachowej wiedzy jakieś jeszcze przekonania, pasja, upodobanie do obiektywizmu i bezstronności. Samotność takiego wojownika w imię wartości jest równie dojmująca jak samotność artysty. Jedynie potężna redakcja, której zależy na niezawisłych sądach swoich dziennikarzy, która poznała się na umiejętnościach swego wojownika i stoi za nim murem przynajmniej czas jakiś, bez względu na to co pisze, może zapewnić mu byt i poczucie sensu jego misji. Bo to jest misja. A gdzież są te potężne redakcje? W świecie, który właśnie zmienił się tak, że wszystko jest do kupienia za odpowiednią cenę, niezależność krytyka staje się jakąś fanaberią, a brak podlizywania się prostymi tekstami rzeszy czytelników, których tylko ilość się liczy, a nie jakość, piętnowany jest jako elitarność. To piętno w czasach demokracji, równości, powszechności i oglądalności, jako głównego bożka w Panteonie bóstw medialnych, skazuje naszego wojownika na nędzne uposażenie, marny wikt i brak środków na podróże, bez których zawód recenzenta jest guzik wart. W mojej długiej pracy w teatrach przeróżnych spotkałem wielu takich „niezłomnych” krytyków, po których wszelki słuch zaginął. Ale to oni byli współtwórcami naszych spektakli i lustrami, w których przeglądały się nasze błędy i sukcesy. Tylko niezłomni dysponujący własnym zdaniem i oryginalną wrażliwością są czegoś warci. Reszta poddana trendom, układom i kumoterstwu tylko sieje zamęt i deprawuje tych nielicznych, którzy jeszcze czytają, czy oglądają telewizyjne dyskusje. Może internet stanie się takim obszarem, gdzie będzie można wyłuskać ciekawe opinie i pożyteczne sądy. Są portale, gdzie pojawiają się ciekawi niezłomni. Są tam może bezpieczniejsi, niż w innych mediach. Jednak przedzieranie się przez śmietnik sieci, gdzie przeważają kłamstwa, bluzgi, bełkot i chamstwo, żeby tu i ówdzie odnaleźć uczciwy głos przekazujący sensowną myśl, wymaga cierpliwości i dużo dobrej woli. Coraz jej mniej. I tak pozostajemy sami wobec publiczności z naszymi niełatwymi często produkcjami. Próbujemy je tłumaczyć w programach, wywiadach, na blogach i w rozmowach z publicznością, ale przeważnie nam to słabo idzie, bo nie jesteśmy obiektywni, kochamy nasze dzieła i nie mamy cierpliwości tłumaczyć swojej poezji na prozę. A już w szczególnie niewygodnej sytuacji są ci, którzy pracują na posadach w instytucjach artystycznych dotowanych z kieszeni podatników. Coraz więcej wątpliwości w skomercjalizowanym świecie budzi fakt, że coś nie zarabia na siebie, tylko trzeba do tego dopłacać. Opera jako najdroższa i najbardziej luksusowa zabawka społeczna jest pod szczególnym nadzorem. Jej elitarność i wymagania wobec widza, który jeśli spodziewa się tu rozrywki i tej samej bezmyślności jaką serwuje mu pop kultura, to wychodzi od nas rozżalony, wymagają specjalnego wsparcia ze strony mediów. Jest go coraz mniej. Ratuje nas jeszcze snobizm i skandale. Wtedy media są łaskawsze i wspomną o nas tu i ówdzie. Ale rzetelne recenzje, dyskusja o pryncypiach, szacunek dla jakości i kompetentna informacja należą do rzadkich rarytasów w naszym operowym mozole. Tak bardzo brakuje nam sojuszników, którzy rozumieją na czym polega piękno, jakie uprawiamy. Nawet gdyby nas ganili, że nie zawsze jesteśmy temu pięknu wierni i namawiali do większego wysiłku, już byłoby nam wtedy lżej i ufniej spoglądalibyśmy w przyszłość.

    Marek Weiss

    Reply

    • Bardzo dziękuję za ten komentarz, który jest szczególnie ważny, ponieważ pokazuje, że problem realnie dotyka tych, którym krytyka powinna służyć. Zanik krytyki nie jest więc sprawą paru osób, które tracą miejsca pracy. Bez sensownej, kompetentnej, uczciwej krytyki artysta również skazany jest na samotność, a może nawet w konskwencji na porażkę swoich działań. Pytanie jednak brzmi: jak tej sytuacji można przeciwdziałać?

      Reply

  6. Rolą dziennikarzy i krytyków sztuki jest tak kreować gust opinii publicznej, aby ludzie poznawali zjawiska ważne i istotne w kulturze i sztuce. Nie może być tak, że krytycy nie mają elementarnej wiedzy w temacie. Nie są krytyczni wobec treści, które się im przedstawia. A czasami wręcz celowo nie dopuszczają pewnych informacji. Nie myślą globalnie, są zaściankowi. Brak im niezależności, poddają się manipulacjom, a czasami sami ją stosują. Gorzej – sami szukają popularności i rozgłosu. Nie są bezstronni. Nie potrafią analizować, syntetyzować i interpretować faktów. Co gorsza, nie umieją pytać. Pewną kulturę dziennikarską i erudycję trzeba wykształcić już na poziomie szkoły. Ale skoro oni nie mają szkoły, nie mają swoich mistrzów, to nie należy od nich wymagać, że mistrzów będą wyłapywali i przedstawiali szerokiej publiczności. Natomiast oni mistrzów, ba gwiazdy, bo teraz znana twarz jest przecież gwiazdą – będą tworzyli z wyimaginowanych obrazów. Gdy zwraca sie uwagę dziennikarzowi, czy krytykowi na jaskrawą nieprawdę to obrusza się jeden z drugim – bo przecież on zna się lepiej. Nie napisze, że sie pomylił; nie napisze sprostowania. A przecież wszystko można zweryfikować, chociażby za pomocą Internetu, czy telefonu, e-maila do źródła. Poza tym recenzje się przewidywalne. Z góry wiadomo kto i co napiszę. Przypadek? Resumując. Podobnie jak artysta na scenie jest profesjonalistą w swoim fachu, tak recenzent, dziennikarz, krytyk takim też winien być. Bądźmy dobrej myśli!

    Reply

  7. Więc dobrze, postawmy pytanie wprost: gdzie przeniosła się krytyka teatralna? W prasie wymiera, w internecie raczkuje, więc…?

    Reply

  8. Nawet jak krytyka zdechnie, teatr się wyżywi. Tym optymistycznym akcentem żegnam Stary i witam Nowy Rok.

    A Panu duzo zdrowia i powodzenia życzę

    Pański SP

    Reply

    • Szanowny Panie, powitać z Panem Nowy Rok to dobry prognostyk. Choć nie podzielam Pana optymizmu w sprawie… teatru. Ale dzisiaj życzmy sobie mimo wszystko dobrego Nowego Roku, a Panu w szczególności życzę dobrego humoru.

      Reply

  9. Dlaczego tekst wpisu został zmieniony względem pierwotnej wersji? Poprawność polityczna? Żart o tym, że krytyk musi być przystojny został usunięty. To cenzura prewencyjna!

    „Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta”

    Reply

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.