Historia jednej piosenki

Kiedy byłem małym chłopcem, nie lubiłem tej piosenki. Nadawali ją często w radiu, mama w kuchni ją podśpiewywała jak wiele szlagierów tamtego czasu. Nie lubiłem tej piosenki z powodu jej smutnej melodii. Skrzypcowy wstęp potęgował tylko rzewność. A mnie się podobały wtedy wesołe piosenki o skocznym rytmie np.:

Po zielonej trawie piłka goni,

Albo my wygramy, albo oni.

Ta piosenka uskrzydlała mnie do tego, co najbardziej kochałem. Ale w tamtej smętnej piosence szczególnie denerwował mnie tekst, którego nie rozumiałem. A to, co niezrozumiałe, było po prostu głupie. Dlaczego wokalistka śpiewała:

I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz

Dlaczego: „kogo”, a nie „kogoś”? A w ogóle kim był ten ktoś, którego żegnała? Myślałem o tym, lecz niczego nie wymyśliłem.

Musiałem podrosnąć, by pojąć, a przede wszystkim poczuć, że w tej piosence jest zapisana emocja, która już na stałe będzie obecna w życiu. Nie bez znaczenia było bardziej dokładne uświadomienie sobie, że utwór śpiewa duet: kobieta i mężczyzna. Ona się żegnała, a potem on. To jest bez wątpienia piosenka, której tekst nazwał to, czego każdy doświadczył, ale nie miał talentu, by w kilku słowach oddać uczucia tym przeżyciom towarzyszące.

Ognisko palą na polanie, w nim liszka przez pomyłkę gore 
A razem z liszką, drogi panie, me serce biedne, ciężko chore

Piękna fraza: „me serce biedne, ciężko chore” – można się wzruszyć samym sobą, co czasami bardzo pomaga, choć niczego nie zmienia.

Oczywiście jak to bywa w przypadku utworów o tak wielkim lirycznym charakterze, poszczególne fragmenty piosenki się banalizują. Używa się ich w trywialnych kontekstach. Już sam tytuł piosenki padł tego ofiarą. Wystawy jesiennych zdjęć tytułowane są: W żółtych płomieniach liści. Instytut Dendrologii zaprasza pod tym hasłem do swojego Arboretum, a celem wizyty jest: „poznanie przyczyn przebarwiania się i opadania liści drzew i krzewów”. Przasnyskie gimnazjum tak nazywa organizowane przez siebie „poetyckie spotkania z jesienią w tle”. A Polskie Stowarzyszenie Miłośników Kolei korzystając z tytułu piosenki zachęcało wolontariuszy do akcji sprzątania liści zalegających na ciągach komunikacyjnych w Parowozowni.

Nie pamiętam, jak to się stało, że poznałem inną interpretację tekstu piosenki, niż ta, która narzucała się w oczywisty sposób. Może sama autorka o tym opowiedziała podczas którejś ze swoich niezapowiedzianych wizyt w redakcji „Teatru” przy Jakubowskiej na Saskiej Kępie (co już zawsze pachnie bzem). Wpadała tam czasami na chwilę z sentymentu do domu, w którym mieszkała tuż po wojnie. A może przeczytałem w jakimś wywiadzie? Albo ktoś inny o tym wspomniał? Nieważne. O tym, kogo żegnała autorka, w czasie, gdy piosenka powstawała, nie można było powiedzieć wprost. Sami wykonawcy chyba tego nie wiedzieli.

W żółtych płomieniach liści brzoza dopala się ślicznie 
Grudzień ucieka za grudniem, styczeń mi stuka za styczniem

Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają 
Na łące stoją jak na scenie, czy też przeżyją, czy dotrwają

Pod metaforą ptaków kryli się Polacy żydowskiego pochodzenia, którzy po marcu 68 roku byli zmuszani do wyjazdu z kraju.

Gęsi już wszystkie po wyroku, nie doczekają się kolędy 
Ucięte głowy ze łzą w oku zwiędną jak kwiaty, które zwiędły 
Dziś jeszcze gęsi kroczą ku mnie w ostatnim sennym kontredansie 
Jak tłuste księżne, które dumnie witały przewrót, kiedy stał się

Aluzja jest zawsze siłą poezji. Czasami nie należy jednak tak do końca interpretować znaczenia wiersza. Nie trzeba odpowiadać na to sztampowe, szkolne pytanie: co poeta miał na myśli? Może wystarczy, że to się czuje. Jak zresztą zracjonalizować zachwyt, który budzi skojarzenie słów, nieoczywisty rym? A metafora może dotykać nawet jeśli oddalił się jej pierwotny sens.

I ja witałam nieraz kogo, chociaż paliły wstydem skronie

I powierzałam Panu Bogu to, co w pamięci jeszcze płonie

Piosenka W żółtych płomieniach liści była nagrana w 1968 roku przez zespół Skaldowie i Łucję Prus dla Radiowego Studia Piosenki, prowadzonego przez Agnieszkę Osiecką i Jana Borkowskiego. Osiecka oczywiście napisała tekst. Muzykę skomponował Andrzej Zieliński, jego brat, Jacek, śpiewał i grał na skrzypcach. Utwór miał też premierę telewizyjną w programie Gusła, w którym Skaldowie śpiewali piosenki Osieckiej. W 1970 roku piosenka została wydana jako tzw. pocztówka dźwiękowa. Na VIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zdobyła nagrodę dziennikarzy (główną nagrodę wówczas uzyskał Jan Pietrzak za Marsjanie nie zagrażają ziemi), a w tym samym roku uhonorowano ją tytułem piosenki 25-lecia. Była opublikowana na pierwszej płycie długogrającej Łucji Prus w 1974 roku. Skaldowie wykonywali ją także z innymi wokalistkami, zwłaszcza po śmierci Prus. Inni piosenkarze również do niej sięgali. Na przykład Magda Umer śpiewała ją ze Stanisławem Sojką. Ale jak to zwykle bywa pierwsze wykonanie pozostaje wyjątkowe.

Na Youtubie ktoś umieścił fragment tego słynnego koncertu z Opola z 77 roku, podczas którego W żółtych płomieniach liści pięknie zaśpiewał oryginalny duet. Logo u góry ekranu pokazuje, że nagranie pochodzi z emisji powtórki w TVP Kultura.

Dlaczego o tym piszę? Pod koniec tego roku ta piosenka brzmi bardziej wzruszająco niż kolędy.

Lecz nie rozczulaj się nad sercem, na cóż mi kwiaty, pomarańcze
Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę

I ja żegnałem nieraz kogo i powracałem już nie taki
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka 
I ty żegnałeś nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą 
I ty żegnałeś nieraz kogo i ty żegnałeś nieraz


 

1 031 odwiedzin

3 Comments

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.