Życie teatralne w lipcu 2023

Wydawałoby się, że rozpoczniemy zasłużony sezon ogórkowy, a tu życie teatralne dostarcza kolejnych emocji i o relaksie nie ma mowy. W kilku teatrach nerwy są szczególne, a wywołały je lokalne władze. Niestety nie można nie zareagować na to, co się dzieje.

Zarząd Województwa Małopolskiego postanowił przeprowadzić konkurs na dyrekcję Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Decyzja zdumiewająca z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze dyrektor teatru, Krzysztof Głuchowski, kończy swoją kadencję za rok, więc po co już szukać mu następcy; a po drugie – panuje zgodna opinia, że Teatr im. Słowackiego jest w bardzo dobrej kondycji, odnosi sukcesy i władze powinny w dowód uznania przedłużyć Głuchowskiemu umowę, a nie z nim się żegnać. To wszystko nie ma jednak dla marszałka małopolskiego znaczenia. Głuchowski naraził się premierą Dziadów Mai Kleczewskiej jeszcze w ubiegłym sezonie, a tajemnicą poliszynela jest, że spektakl nie spodobał się również pod innym adresem, z którym w Krakowie trzeba się liczyć. Dyrektora Teatru im. Słowackiego władze próbują usunąć już od ponad roku, nie udało się to pod pretekstem naruszenia dyscypliny finansowej, więc na chybcika robi się konkurs.

Właśnie ten przyspieszony tryb organizacji konkursu może budzić podejrzenia. Jeśli 27 czerwca Zarząd ogłosił uchwałę o jego przeprowadzeniu, a 17 lipca rozpoczyna się termin zgłaszania kandydatów, to niestety cała sprawa pachnie ustawką. Można się spodziewać, że w Krakowie powtórzy się sytuacja z konkursu na dyrekcję Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, który zrobiono tylko po to, by pozbyć się Jacka Głomba. Intryga się nie udała, ponieważ środowisko solidarnie odmówiło w niej udziału, jedynym kandydatem w konkursie był sam Głomb. Wybór dyrektora Teatru im. Słowackiego również powinien być zbojkotowany. Nie wiem, czy Krzysztof Głuchowski zdecyduje się na taki sam ruch, jak Głomb. Można wszakże żywić obawę, że władze krakowskie pomne doświadczeń z Legnicy być może znalazły już chętnego do objęcia dyrekcji Teatru im. Słowackiego (stąd ten pośpiech konkursowy), który nie przejmie się opinią kolaboranta. Będzie liczył na parasol ochronny władz, może nawet w prezencie dostanie tzw. współprowadzenie teatru z Ministerstwem Kultury, o co już przecież zabiegał Głuchowski, a co zostało wstrzymane w wyniku afery z Dziadami. Ale jeśli ktoś taki już się wybiera na plac Św. Ducha, to najpierw niech przypomni sobie Sen Senatora.

*

A propos Legnicy – tu też ważą się losy Teatru Modrzejewskiej. Jak wiadomo prezydent Legnicy cofnął miejską dotację dla tej sceny, obowiązującej w umowie z Urzędem Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego. Widziałem wystąpienie Jacka Głomba na posiedzeniu Rady Miejskiej, gdzie spokojnie argumentował, jaką szkodę teatrowi wyrządza decyzja prezydenta, a tym sam mieszkańcom Legnicy. Symboliczny był jednak finał tego zdarzenia, mianowicie, gdy Głomb skończył mówić, prowadząca obrady zapytała prezydenta, czy zechce się do wystąpienia odnieść, na co Tadeusz Krzakowski odpowiedział krótko:

– Nie.

W tym „nie” wyrażała się nieprawdopodobna buta władzy.

W tej sytuacji niedziwne, że Jacek Głomb ogłosił zawieszenie działalności Teatru Modrzejewskiej. Być może przyszłość teatru uratuje dotacja, którą przeznaczą specjalnie radni województwa – decyzja w tej sprawie ma zapaść w przyszłym tygodniu. Głomb w rozmowie dla portalu Teatralny.pl wspomniał również o szansie, jaką Modrzejewskiej dałoby współprowadzenie sceny przez MKiDN, co musi świadczyć o jego desperacji w szukaniu ratunku dla teatru. W przyszłym roku minie 30 lat odkąd Jacek Głomb prowadzi – jak to zwykł określać – drużynę Modrzejewskiej. Po odejściu Macieja Englerta z Teatru Współczesnego będzie, jeśli się nie mylę, najdłużej urzędującym dyrektorem teatru. Życzę mu żeby mógł ten jubileusz odbyć z innym prezydentem Legnicy.

*

Osobliwa jest też sytuacja Teatru Polskiego w Poznaniu. Tam również prezydent miasta ogłosił konkurs na dyrekcję. Zgłosili się do niego obecni dyrektorzy Polskiego, jednak w osobnych parach, co było skutkiem jakiegoś sporu. Marcin Kowalski wystartował razem z Piotrem Ratajczakiem. Kandydatka, która przedstawiła Macieja Nowaka jako dyrektora artystycznego nie zyskała przychylności komisji, co swoją drogą jest znamienne, ponieważ Nowak w ciągu ostatniego roku przegrał już drugi konkurs – sit transit gloria…? Najwięcej głosów zyskał Kowalski, ale nie większość. Drugie miejsce zajęła Ula Kijak. Obie kandydatury przedstawiono prezydentowi Poznania, ale ten postanowił ponownie rozpisać konkurs. Decyzja zdumiewająca. Rodzi przecież od razu pytanie: jeśli satysfakcjonujący kandydaci nie zgłosili do konkursu za pierwszym razem, to jaka jest szansa, że pojawią się za drugim razem? Czy nie lepiej było w tej sytuacji zaprosić kogoś w trybie pozakonkursowym? Są artyści, którzy nie chcą startować w konkursach, ale może nie wykluczyliby objęcia dyrekcji, tak jak nierzadko zdarza się to w dużych, renomowanych teatrach za granicą.

Wczytałem się w komunikaty konkursowe i pewna rzecz mnie zastanowiła. W dwóch głosowaniach oddano za każdym razem jeden głos nieważny. Jak mogło się to stać? Przecież wydaje się, że procedura nie była tak skomplikowana, żeby przekraczała możliwości umysłowe członków komisji. Jeśli ktoś celowo nie oddał ważnego głosu, to co chciał w ten sposób zademonstrować? Że cały konkurs nie ma sensu?

Ponowienie procedury konkursowej oznacza oczywiście, że niepewność co do przyszłości Teatru Polskiego się przedłuża. Rozumie to doskonale zespół tego teatru, który ostatnio zaapelował, by zostawić na stanowiskach obecną dyrekcję, a więc Kowalskiego i Nowaka. Domyślam się, że ta deklaracja padła w porozumieniu z oboma dyrektorami, którzy dla dobra swojej sprawy są gotowi zapomnieć o animozjach.

Sądzę niestety, że nie jest dobrze, gdy nie można wybrać dyrektora takiego teatru jak Polski w Poznaniu, któremu patronuje wszak dumne hasło: naród sobie. Ale naród nie tylko w tej sprawie funduje sobie problemy.

608 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.