Dworzec dla dwojga

Obejrzałem ten film na DVD, pierwszy raz od dwudziestu paru lat. Pamiętam, że mi się już wtedy podobał. W nieco sentymentalny romans pianisty i kelnerki z dworcowego bufetu wpisany został kawałek sowieckiej rzeczywistości, nawet z łagrem. Wzruszająca wciąż jest scena finałowa, gdy oboje biegną w zimowym pejzażu, aby zdążyć na apel (pianista dostał przepustkę na 12 godzin, by spotkać się z żoną), bo spóźnienie będzie traktowane jak ucieczka. Zimowe słońce wschodzi nad łagrem i kobieta woła: jak pięknie! Śmieszne są te drobne obserwacje życia sowieckiego. „Towarzyszu pianisto” – zwraca się milicjant. Afrik Simone oglądany z pierwszych kaset video. „Ekspries obied”

Czytaj dalej

Przegrodzki

I znowu umarł aktor. To lato jest bezlitosne. Przegrodzki był chory, to prawda. Mówiło się o tym od jakiegoś czasu. Ale przecież jeszcze nie tak dawno widziałem go na korytarzu w Narodowym. Miałem wrażenie, że ciągle go spotykam za kulisami. Jak zwykle perorował o czymś zapamiętale tym swoim charakterystycznym głosem, który młodzi aktorzy z upodobaniem parodiowali. Widziałem go wielokrotnie na scenie, od lat 80., gdy na Warszawskie Spotkania Teatralne przyjechał „Garderobiany” z Wrocławia. Przegrodzki grał Sira. Wydawało mi się, że jest to aktor w typie Łomnickiego. O podobnej ekspresji. Świetny był w „Krzesłach” Ionesco z Igą Mayr. Mam w oczach

Czytaj dalej

Szto diełat

„Szto diełat’?” – pytanie ze słynnej książki Mikołaja Czernyszewskiego powraca przy śniadaniu we wsi spokojnej i ciąży przeraźliwie. Ale bynajmniej nie chodzi o wizję nowego ustroju, marzenia na temat przyszłości ludzkości. „Co robić?” – to pytanie dotyczy tu i teraz. I nie jest tak łatwo na nie odpowiedzieć. Możliwości są różne, ale żadna satysfakcjonująca. Mama podsuwa synkowi pomysły, może pojedziemy tu, a może tam – wszystko odrzucane jest ze wzgardą. Bo w istocie pytanie „Co robić?” wypływa z obezwładniającego stanu nudy. Co robić, by ją zabić? Nudzące się dzieci to problem społeczny równie poważny, co bezrobotni. Zasłyszana przy stole historyjka:

Czytaj dalej

Mali terroryści

Świat się boi terrorystów spod znaku Al Kaidy, a w naszej wsi spokojnej oni już są. Nie wylądowali helikopterem, ale przyjechali dobrymi samochodami. Nie chodzą w turbanach. Noszą ładne ciuszki, starannie dobrane pod względem kolorystycznym. Nie mają też bród, bo jeszcze zarost im nie wyrósł. Z miejsca opanowali teren. Nie zaznasz spokoju. Gdy się pojawiają, z pewnością bezceremonialnie przerwą ci rozmowę. Sami mówią tylko tonem rozkazującym: zrób, kup, przynieś. Nie znoszą sprzeciwu. Dlatego ich opiekunowie wykonują wszystkie rozkazy. Odmowa kończy się bowiem krzykiem, płaczem, histerią, atakiem szału. W oczach starszych widać wtedy strach, jaki wzbudza zawsze ktoś silniejszy, o kim wiemy, że

Czytaj dalej

Stachura

Wspomnienia o Stachurze z okazji 30 rocznicy jego śmierci przypomniały mi, że ja też swego czasu byłem miłośnikiem jego twórczości i fascynowała mnie jego legenda. Zacząłem go czytać pewnie w najlepszym momencie, bo na początku lat 80., gdy pośmiertnie stał się idolem smutnej młodzieży i wszelkiej maści grafomanów. Najbardziej podobała mi się proza Stachury. Przeczytałem chyba wszystko: te pierwsze dwa tomy opowiadań, „Całą jaskrawość”, „Się”, „Siekierezadę”, „Wszystko jest poezja”. We wczorajszym tekście Dariusza Nowackiego o Stachurze z „GW” wyczułem odrobinę lekceważenia dla Stachury. Z ironią Nowacki odnosi się do przejawów Stachuromanii z lat 80. Tak jakbyśmy wspominali modę, która po

Czytaj dalej

Wakacje nad Bałtykiem

To dobry temat na felieton: narzekania na urlop nad Bałtykiem. Zaczyna się od pogody. Że jej zwykle nie ma. Pada i wieje. Potem że tłumy ludzi. Badziewie na straganach. Drożyzna. Jagodzianka: 2,50 zł. A nawet jeśli jakimś cudem jest pogoda, to woda w morzu zimna. A jak już znajdziesz swój kawałek plaży i w promieniu kilkudziesięciu metrów nikogo nie ma, ułożysz się na kocyku, to zaraz nadlatuje jakieś robactwo i atakuje cię gorzej niż Japończycy Pearl Harbor. Ach, te muchi – bynajmniej nie są tak metafizyczne jak w wierszu Miłosza parafrazującego księdza Bakę. Ale mimo tego wszystkiego plaże nad Bałtykiem mają

Czytaj dalej

Jeszcze o Zapasiewiczu

Nie mogę być dzisiaj na pogrzebie Zapasiewicza. Ale myślę o nim. Usiłuję sobie przypomnieć, kiedy widziałem go po raz pierwszy na żywo na scenie. I to był chyba „Kubuś Fatalista” w reż. Zatorskiego w Teatrze Dramatycznym. Koniec lat 70. Chodziłem dość często do teatru ze szkołą. „Kubuś” to był wielki hit. Rzeczywiście nie przypominał niczego, co wtedy oglądało się w teatrze. Przede wszystkim zaskoczył mnie umownością. Dekoracji prawie nie było. Aktorzy grali na luzie. Niebywale śmieszyły mnie ich gagi. A Kubuś Zapasiewicza był taki śmieszno-mądry, przewrotny. Pana grał Zygmunt Kęstowicz, którego znałem z telewizji, z „Pory na Telesfora”. Zobaczenie aktora znanego

Czytaj dalej

Wanat

Wczoraj minęła 13 rocznica śmierci Andrzeja Wanata. Był moim profesorem w Szkole Teatralnej. U niego chyba mieliśmy najcięższy egzamin – pytał z Czechowa. Rozmowa zaczynała się od testu ze znajomości opowiadań i sztuk. Wanat otwierał na chybił trafił któryś z dwóch tomów opowiadań, czytał kawałek i kazał zgadnąć, co to za utwór. To samo ze sztukami. Czytał tylko kwestie bohaterów bez podawania ich nazwisk czy imion. Jeżeli przeszedłeś ten test, dopiero zaczynał pytać o problemy twórczości Czechowa. Pamiętam, że dostałem czwórkę. Ale wiele osób oblało. A potem przez sześć lat był moim szefem w redakcji „Teatru”. Gdy umierał miał 55

Czytaj dalej

Majcherek kontra Majcherek

Zbieżność nazwisk bywa utrapieniem. Nazwisko Majcherek może nie jest szczególnie popularne, ale „jest nas kilku”. Np. emerytowany aktor Starego Teatru Henryk Majcherek. Jego koledzy nieraz dopytywali się mnie, czy jestem synem Henia. A ja, owszem, jestem synem Henia, ale nie tego. Żeby było śmieszniej, w latach 70, gdy mieszkaliśmy w Szczecinie Henryk Majcherek aktor bywał u nas w domu i kolegował się z moim ojcem. Gorzej ma mój brat (pomyłki między nami też można opowiadać jak anegdoty). Jak wiadomo jest znany publicysta polityczny Janusz Majcherek. Do brata kiedyś zadzwonił pewien znany swego czasu działacz polityczny i zachęcał do wstąpienia do

Czytaj dalej

Reaktywacja Świrgoni

Nie jestem na tyle młody, żebym nie pamiętał Waldemara Świrgonia (o którym jakiś czas temu czytałem, że zmarł), Kazimierza Żygulskiego albo niejakiego Nawrockiego (którego imienia zapomniałem). A cóż to za figury? Ano, to byli ludzie związani z władzą w okresie stanu wojennego, którzy odpowiadali za tzw. odcinek kultury. Krótko mówiąc w imieniu np. wydziału kultury KC albo ówczesnego ministerstwa kultury i sztuki na ogół łajali artystów za złe zachowanie się w stanie wojennym. Łajali to mało, bo przecież byli panami życia, a więc mogli wyrzucać dyrektorów teatrów, rozwiązywać organizacje twórcze, nie pozwalać pracować, jednych forować, drugich skazywać na milczenie. I

Czytaj dalej