Stachura

Wspomnienia o Stachurze z okazji 30 rocznicy jego śmierci przypomniały mi, że ja też swego czasu byłem miłośnikiem jego twórczości i fascynowała mnie jego legenda. Zacząłem go czytać pewnie w najlepszym momencie, bo na początku lat 80., gdy pośmiertnie stał się idolem smutnej młodzieży i wszelkiej maści grafomanów. Najbardziej podobała mi się proza Stachury. Przeczytałem chyba wszystko: te pierwsze dwa tomy opowiadań, „Całą jaskrawość”, „Się”, „Siekierezadę”, „Wszystko jest poezja”. We wczorajszym tekście Dariusza Nowackiego o Stachurze z „GW” wyczułem odrobinę lekceważenia dla Stachury. Z ironią Nowacki odnosi się do przejawów Stachuromanii z lat 80. Tak jakbyśmy wspominali modę, która po latach nas śmieszy. Że też w czymś takim chodziliśmy… Nowacki jeszcze dobija Stachurę stwierdzeniem, że właściwie jego twórczość nie stała się obiektem poważnej analizy literaturoznawców. A dzisiaj nie pociąga już czytelników, bo mit „życiopisania” prysł pod wpływem postmodernistycznych zabaw literackich. Niby wszystko prawda. Ale czy to miałoby źle świadczyć o Stachurze? Bywa tak z artystami, którzy w swoim czasie są niebywale popularni, a później trafiają do czyśca. Są zapominani, zlekceważeni. Ale niektórzy z niego wychodzą. Być może tak się stanie ze Stachurą. Bo jednak wolę już jego swoistą egzaltację niż pretensjonale wypociny dzisiejszych idoli. Może mnie śmieszyć wspomnienie, jak bodaj we wrześniu 1982 roku w I klasie liceum pojechałem z klasą na wykopki i miałem ze sobą chlebak, a w nim organki. Bo wydawało mi się, że będę takim Stachurą. Robota w polu, zachywt nad naturą. Tylko lekki wstyd przed koleżankami, bo nie umiałem grać na tych organkach. Nie zbzikowałem pod wpływem Stachury chyba tylko dlatego, że wtedy ważna była też polityka. I taka postawa splendid isolation trochę mi nie pasowała.

W zeszłym roku latem nad Jeziorem Choczewskim czytałem „Całą jaskrawość”. I dobrze się czytało.

824 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.