Ciągle coś rozważam

Krystian Lupa zapytany publicznie, czy rozważyłby powrót do Starego Teatru, odpowiedział podobno: ja ciągle coś rozważam. Jednak sądząc po jego reakcjach na oświadczenie nowo powstałej Rady Artystycznej wygląda na to, że w tych rozważaniach na razie zwycięża sceptycyzm. W zacytowanej przez Onet wypowiedzi Lupa mówi: „Dla mnie ta sprawa nie jest prosta. Ludzie, którym twórczy teatr leży głęboko na sercu powinni dziś postawić sobie pytania. Sytuacja obecna jest wynikiem manipulacji ministerstwa kultury. Prywatnie nie mam nic przeciwko Markowi Mikosowi, natomiast to, co spowodowało protest wielu ludzi oraz Gildii, to polityka kulturalna PiS. To rodzi najgroźniejsze zniewolenie, które przez kompromis robi z nas zakładników. Ta gęba, którą mają władze Teatru Starego. Nie jest to własna gęba Marka Mikosa, to jest gęba przyprawiona mu przez ten akt. Należy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy kompromis pomoże zrzucić tę maskę?”.

Lupa jeszcze powątpiewa, czy w składzie Rady Artystycznej jest osobowość na tyle charyzmatyczna, by mogła podjąć się funkcji lidera.

Głos Lupy oczywiście warto rozważyć. Wpisuje się on w konflikt racji, który niejednokrotnie wystawiał różne teatry na próbę. I nie tylko teatry. Ujmując rzecz w największym skrócie byłby to konflikt pragmatystów z idealistami. W przypadku Starego Teatru rolę pragmatystów przyjęli liderzy jego zespołu aktorskiego. Oczywiście, że nie ma wśród nich osoby, o której myśli Lupa. Ale też członkowie Rady wzięli na siebie inne zadanie: chcą zawrzeć kompromis, który być może daje szansę na wyjście z impasu, w jakim znalazł się teatr. Kompromis polega na umowie: godzimy się na to, by Marek Mikos nadal był dyrektorem Starego Teatru, co jest uznaniem politycznego zwierzchnictwa Ministerstwa Kultury, ale w zamian chcemy mieć decydujący wpływ na kształt artystyczny teatru, a przede wszystkim dobór zapraszanych reżyserów. To może nas uchroni, by teatr nie zmarniał do szczętu. Jakie korzyści z tego ma władza? Uspokojenie atmosfery, którą swoimi decyzjami zepsuła. I jakąś gwarancję, że w Starym nie powtórzy się dramat Teatru Polskiego we Wrocławiu. Oczywiście władza jak to władza może mieć swoje plany, których nie znamy. Może na razie uznać, że niech się Mikos z aktorami układa i zobaczymy, co dalej. Jeśli natomiast ma nadal ambicje, by uczynić Stary Teatr jakimś narzędziem swojej polityki kulturalnej, to zapewne z tego zgniłego kompromisu nic nie wyjdzie.

Rzecz jasna w tej układance pozostaje jeszcze pytanie: co zrobią reżyserzy? Z pierwszych wypowiedzi członków Gildii, która przecież w sposób nieformalny podjęła bojkot Starego Teatru pod nową dyrekcją, wynika, że przynajmniej część reżyserów byłaby skłonna od niego odstąpić, jeśli propozycja pracy wyszłaby ze strony Rady Artystycznej. Być może dla niektórych wstrzemięźliwy stosunek Lupy będzie znakiem, że nadal trzeba podtrzymywać opór. Bo przecież w tle tych wyborów pozostaje generalny stosunek do sytuacji, którą obecna władza stworzyła w Starym Teatrze i nie tylko. Tu odzywa się ten duch moralnego idealizmu, który mówi: żadnych kompromisów.

Analogie historyczne nie zawsze pomagają rozstrzygnąć współczesne spory, niemniej warto je przypomnieć. W oświadczeniu Rady Artystycznej wspomniany został Zygmunt Hubner, który jak wiadomo na znak protestu przeciwko ingerencjom cenzury ustąpił z dyrekcji Starego Teatru w 1969 r. Rada przywołała jednak jego stwierdzenie, że oddanie sceny bez podjęcia walki jest destrukcyjną formą bojkotu rzeczywistości. Następcą Hubnera został Jan Paweł Gawlik, który był narzucony przez władzę i nie miał dobrej opinii. A jednak paradoksem jest to, że okres jego dyrekcji w latach 70. uznawany jest za najlepszy w historii Starego Teatru. To wtedy utworzyła się w Starym, jak ją nazwała Małgorzata Dziewulska, „republika artystów”, którą współtworzyli znakomici reżyserzy i świetnie zbudowany zespół aktorski. Rzecz jasna nie było to wyłączną zasługą Gawlika, którego i tak pogoniono, gdy była ku temu możliwość w okresie Solidarności. Za Gawlika debiutował też w Starym Krystian Lupa, a minęło właśnie od tego historycznego faktu dokładnie 40 lat.

Czy to wspomnienie coś nam pomaga zrozumieć? Zapewne nie jest pocieszające, że PRL-owska historia z całym jej bagażem śliskich kompromisów znowu wraca, by być jakimś układem odniesienia do dzisiaj podejmowanych wyborów. W końcu o to walczyliśmy, by ten ciężar zrzucić. Wtedy jeszcze do niego dokładała swoje tzw. geopolityka z towarzyszami ze wschodu. A teraz rzeczywistość wyznacza władza, która mówi: wybrała nas w wolnych wyborach większość społeczeństwa. A ta większość wciąż deklaruje: tak chcemy.

No więc co myśleć? Prawdopodobnie w jakimś ostatecznym rachunku rację mają idealiści. Moralny sprzeciw zawsze nadaje sens i wartość życiu. Ale bez pragmatystów nie ma go w ogóle.

447 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.