Barański

Przeczytałem wywiad-rzekę Piotr Mareckiego z Andrzejem Barańskim. Dobrze, że o tej książce sporo się pisze, bo jest rzeczywiście niezwykła. I dobrze, aby przeczytali ją nie tylko ludzie od filmu, ale wszyscy, którzy myślą poważnie o sztuce. Jest oczywiście pewnego rodzaju snobizm na Barańskiego. Czasami czytam w tekstach krytyków wyznania, że Barański to właściwie jedyny sprawiedliwy w tej naszej Sodomie filmowej. Jedyny, który jest wierny sobie i jego dzieła są naprawdę coś warte. Lektura książki uświadamia, że mamy do czynienia z artystą i człowiekiem – jakże to dziwnie brzmi – po prostu mądrym. Nie kontrowersyjnym, nie wizjonerem, nie poszukującym, nie pozującym się. Barański mówi rzeczy, które mają smak wody i chleba, a  tym lepiej smakują, im bardziej czujemy w ustach gówno, którym się faszerujemy codziennie. Ale co tam będę uprawiał jakąś własną poezję ze słów Barańskiego. Niech sam mówi:

„Pisze się, że film jest doskonały, bo porusza taką ważną sprawę. Zupełnie nie widzi się, że film może sam z siebie być piękny, i powinien. Sprawa piękna jest zupełnie pomijana.”

„W Czyczu (autor „Nad rzeką, której nie ma” – przyp. mój) zawsze było dużo bólu, ale jako twórca był twardy – własny ból nigdy nie mącił mu czułego spojrzenia na świat. A może to właśnie ból był źródłem tej czułości?”

Kawalerskie życie, mogę to śmiało powiedzieć, zrealizowałem dla języka. Sceny, które znalazły się w filmie, wybrałem według prostego klucza – były w nich jakieś piękne powiedzenia, sformułowania, które zwróciły moją uwagę.” Tu wtrącę swój komentarz: kto z dzisiejszych reżyserów (nie tylko filmowych, bo teatralnych też) z takim szacunkiem mówi o literaturze, z której robi filmy? A przecież Barański zwykle sięga po teksty nie pierwszorzędne, czasami nawet nie będące tzw. literaturą piękną (Życiorys własny robotnika, z którego powstało Kawalerskie życie na obczyźnie to w końcu „tylko” pamiętnik autentycznego robotnika).

„Ludzkie uczucia wiążą mi się z prostymi słowami, sytuacjami, a nawet przedmiotami. Jakoś trudniej przytulić do serca maszynkę do mięsa, której używała ukochana osoba – przypomniałem sobie pyszne kotlety mielone, aż ślinka poszła – natomiast łyżeczkę, którą mieszała herbatę, już tak. Franciszek Starowieyski, genialny malarz, mówił, że ponad czytanie książek stawia oglądanie na przykład łyżki żołnierskiej z I wojny światowej. Potrafi oglądać ją godzinami, dotykać, odkrywać na niej jakieś ślady. (…) Co się z tym żołnierzem stało, czy przeżył, kto to był? Oczywiście Starowieyski przesadził – trzeba bardzo dużo czytać, żeby mieć wątpliwości co do pożytku płynącego z książek. Jak wątpliwości słabną, znowu trzeba szybko coś przeczytać.”

„Jesteśmy częścią przyrody. Jej siły i piękna. (…) Nie ulega wątpliwości, że z zachwytu można zwariować. To samo może się stać z nami, jeśli uświadamiamy sobie, dostrzegając stopień doskonałości jednej trawki, ile doskonałości jest w całym pejzażu, po którym wodzimy wzrokiem. W takiej sytuacji dociera do nas mądrość przemijania. Wyzwoleni z chęci ogarnięcia myślą wszystkiego, pokornie zajmujemy się swoimi małym sprawami, zakładamy robaka na haczyk i zarzucamy wędkę na rzekę.”

„Po świętym ludzie oczekują męczeństwa, stosu albo ukamienowania, a wcześniej i później spektakularnych cudów – ślepy przejrzał, chromy stanął na nogach. Tu jest cud rzeczy maleńkich (chodzi o film Braciszek opowiadający o bracie Alojzym Kosibie – przyp. mój). Brat Alojzy był szarą myszką klasztorną. Dla mnie tacy ludzie są najważniejsi. W ich świecie jest najmniej głupoty. Rodzaj świętości Alojzeczka najlepiej ujął chyba kardynał Wojtyła, pisząc, że jest to świętość z okruchów świętości”.

 

Można by jeszcze wiele takich cytatów zapisać, choćby o jego miłości do małych miasteczek (sam pochodzi z Pińczowa). Jest też w książce parę ciekawostek, np. że studiował w Filmówce razem z Lupą.

Widziałem większość filmów Barańskiego. Parę bym chciał sobie przypomnieć np. „Kramarza” z Kłosowskim (na szczęście znalazłem go na DVD). Oczywiście „Parę osób, mały czas” (ileż jest powinowactwa Barańskiego z Białoszewskim). Ciekawe, że Barański nieco inne rzeczy robił w Teatrze TV, sięgał na ogół do innej literatury („Muzyka druga” Duras, „Kobieta zawiedziona” de Beauvoir, „Siedem pięter” Buzzattiego). Szkoda, że w książce o tych pracach tylko napomyka. Więcej opowiada jedynie o „Mojej córeczce” Różewicza i „Bożenie” Stoberskiego. Pamiętam, że o tym ostatnim spektaklu pisałem dla „Teatru”. Coś tam marudziłem, że dlaczego tak dobry reżyser bierze się za taką literaturę – jakiegoś Stoberskiego. Chyba nawet użyłem sformułowania: „nieznanego mi autora”. W książce Barański dużo opowiada o Stoberskim i wynika z tego, że ten człowiek, pracownik gazowni w Krakowie, „zawodowy pisarz niedzielny”, „przyjaciel żon”, który wszędzie chodził pieszo (nawet podobno do Warszawy wybrał się na nogach), był ciekawą postacią. W każdym razie do galerii autorów inspirujących Barańskiego pasował.

Te własne, głupie recenzje nawiedzają człowieka jak widma Scrooge’a.

 

757 odwiedzin

2 Comments

  1. Słyszałem w Dwójce rozmowę z Barańskim i Sobolewskim. Ciągle pytano go o jego prywatne małe światy, o prowincjonalizm, a on z wielkim spokojem mówił swoje, o literaturze, filozofii, filmach które zrobił. Mówił jakby od niechcenia, czasami niewyraźnie, trochę do siebie, trochę do Sobolewskiego. Niezwykłe to było…

    Reply

  2. Nie słyszałem tej rozmowy. Ale wygląda na to, że Barański ma po tej książce czas dużego zainteresowania. Czytałem z nim jeszcze wywiad w „Newsweeku”. Byłoby dobrze, gdyby na tej fali mógł zrobić nowy film.

    Reply

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.