Wspomnienie o profesorze Andrzeju Makowieckim

Bardzo smutna wiadomość nadeszła: profesor Andrzej Makowiecki nie żyje. Wykładał na Wydziale Wiedzy o Teatrze historię literatury. Gdy kończyłem studia, został dziekanem. Razem z prof. Raszewskim, Jerzym Koenigiem był na moim egzaminie magisterskim.

Mam same dobre z nim wspomnienia. Przede wszystkim z zajęć. Każde z nich poświęcał innej książce. Lista lektur na dwa lata obejmowała 60 pozycji. Nie było siły, żeby z tygodnia na tydzień je czytać, więc rozmowa, jaką profesor Makowiecki usiłował sprokurować często utykała. Ale woleliśmy go słuchać, zwłaszcza, że opowiadał ze swadą, kreśląc również rozmaite konteksty, w jakich dane dzieło powstało. Pamiętam, że na liście były także książki nieoczywiste np. Na wspak J.K. Huysmansa, do której Makowiecki miał, zdaje się, szczególne zamiłowanie. Oraz Historie maniaków Jaworskiego. Wynikało to pewnie z tego, że profesor specjalizował się w modernizmie i zajmował także literaturą francuską.

Na egzaminie odpytywał z lektur, które były tematem wykładów. Połowę miałem przeczytaną. Z drugiej połowy część znałem skądinąd (np. z ekranizacji). O paru nie miałem zielonego pojęcia. Profesor na szczęście nie o te zapytał.

Był dobrym wykładowcą i lubianym, co nie zawsze idzie w parze.

Wszyscy chyba studenci Andrzeja Makowieckiego potwierdzą, że miał niezwykły urok osobisty. Decydowało o tym w dużej mierze poczucie humoru. Był w naturalny sposób dowcipny, a jego odzywki przeszły do anegdoty, np. ta, gdy student Mościcki spóźnił się na zajęcia, a profesor skwitował to słowami:

– Odwiedziny prezydenta.

(Jeśli ktoś nie rozumie, na czym ten dowcip polegał, to znaczy, że nie pamięta o pewnym starym, smutnym polskim filmie.)

Można się było też profesorem Makowieckim pochwalić przed rodziną, która oglądała popularny swego czasu teleturniej Wielka gra, ponieważ występował w nim jako przewodniczący jury. Jak on znajdował czas na wszystkie swoje zajęcia, pośród których było wiele kierowniczych, dziekańskich, dyrekcyjnych? A przecież jednocześnie pisał kolejne książki. Polonistyczne prace oczywiście mają swoją wartość, ale jakże przydatny jest np. jego autorstwa Słownik postaci literackich. Można go sobie czytać ot tak, bez szczególnego powodu.

Andrzej Makowiecki dołączył już do większości moich wykładowców, którzy tworzą nieobecną radę wydziału. Będzie znowu odpalał papierosy ze Stefanem Mellerem i dowcipkował. Ale tam nie da się przed nim ukryć, że się czegoś nie doczytało.

116 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.