Metafizyka „Kontrabasisty”, czyli brednie

Wiem, że są większe problemy, które budzą irytację, złość, a nawet wściekłość, ale drobna sprawa też potrafi człowieka wprawić w stupor. Oto czytam w dziale Recenzje portalu e-teatr.pl tzw. materiał nadesłany, podpisany przez Zbyszka Dramata:

„To co się dzieje w trakcie tego spektaklu ma charakter metafizyczny. Metafizyka Kontrabasisty jest dobrem, ponieważ jest celem wszystkiego. Jest też tym, co wszystko wyprzedza i metaforyzuje. Metafizyka to działanie duszy. Dusza kontrabasu jest na scenie prawdziwą i jedyną metaforyczną substancją, która nas wchłania i pociąga. Jej instrumentem jest Mistrz Jerzy Stuhr – aktor, który jest partyturą, dźwiękiem i muzyką grającą w nas wszystkich.

Kontrabas służy tu procesowi percepcji rzeczywistości takiej, jaką ona jest w subiektywnym odbiorze świadomości widza. Kontrabas to fenomen, to idea fenomenu w sobie i dla siebie. Teatr natomiast to sfera akcji i sytuacji. A za nimi ukryta jest sytuacyjna gra sprzecznych sił, gdyż teatr to dziś sztuka gry sytuacyjnej. Aktor kreuje momenty kryzysowe, w których uczestniczy z zantropomorfizowanym kontrabasem. Tak ujmowane zachowania opiera na ciągłym spektaklowym (teatralnym) powtarzaniu utartych praktyk, schematów postępowania oraz sposobów myślenia i artykułowania (werbalizowania), które ciągle są skuteczne i wpływają interaktywnie na publiczność.”

To nie jest cały tekst, zacytowałem tylko dwa akapity, ale wystarczyły, abym wpadł w osłupienie. Być może kieruje mną „subiektywny odbiór świadomości” czytelnika, ale bardzo jestem ciekaw, czy ktoś jeszcze podziela wrażenie, że powyższy tekst to są po prostu zwyczajne brednie?

Nie wiem, kim jest autor, ale zorientowałem się już, że jego wywody jako „materiał nadesłany” redakcja e-teatru publikuje dość często. Swoją drogą, czy każdy może wysłać własne wypociny do działu Recenzje i zostaną one umieszczone bez jakiejkolwiek kontroli? Dział ten, skądinąd szalenie potrzebny, i tak czasami wydaje się śmietnikiem, w którym na równych prawach funkcjonują resztki profesjonalnej krytyki teatralnej z coraz silniej obecnymi wypisami z różnego rodzaju blogów niewiadomego autorstwa. Czy pięciozdaniowa opinia, zaczerpnięta właśnie z bloga, choćby najbardziej pochwalna na temat spektaklu Capri Krystiana Lupy zasługuje już na to, by publikować ją w miejscu, wobec którego można by oczekiwać, że nie pojawia się tam byle co?

Być może redaktorzy e-teatru na tę wątpliwość odpowiedzą tak: żyjemy w czasach, w których tradycyjna krytyka teatralna związana z prasą drukowaną odchodzi do lamusa, pojawiają się za to nowe media, które również oferują refleksję o teatrze – musimy być na to otwarci. I ja się pięknie z tym zgadzam. W końcu, gdzie publikuję tę właśnie polemikę?

Jednakowoż byłoby dobrze, by zachować w doborze tekstów i „materiałów”, umieszczanych w dziale Recenzje, choćby minimalne kryteria jakości, sensu, stylu i czegoś, co może trudno zdefiniować, ale co naprawdę istnieje: zdrowego rozsądku.

Pracowałem wiele lat w redakcji „Teatru” i widzę minę np. Andrzeja Wanata, gdy czyta recenzję Zbyszka Dramata z Kontrabasisty Jerzego Stuhra. Zapewniam, że na pewno by się nie ukazała. A wielu autorów, którzy Wanatowi oddawali swe teksty, potwierdzi, ile musieli się naślęczeć, napoprawiać, nazmieniać, nim ich dzieło poszło do druku. Ci autorzy nierzadko tworzą dzisiaj czołówkę piszących o teatrze.

Pamiętamy z wykonania Jerzego Stuhra tę słynną frazę: śpiewać każdy może. O teatrze pewnie pisać każdy może. Ale czy z tego wynika, że musimy to czytać?

245 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.