15 lat temu

Z dedykacją dla wszystkich, którzy pamiętają ten dzień.

15 lat temu – 24 kwietnia 2005 roku rozpoczęła emisję TVP Kultura. Byłem przy tym. Trochę powspominam te początki.

Mniej więcej dwa miesiące wcześniej otrzymałem telefon z zaproszeniem na spotkanie do Jacka Wekslera. Znałem go oczywiście jako dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, potem szefa Teatru TV i wiedziałem, że uruchamia kanał tematyczny poświęcony kulturze. Ale też nie była to znajomość szczególnie zażyła, w związku z tym zaskoczyła mnie propozycja Wekslera, abym przyszedł do pracy w TVP Kultura i zajął się w niej teatrem.

Dał mi na zastanowienie się 24 godziny.

Do tej pory przez wiele lat pracowałem w redakcji miesięcznika „Teatr”. Koleżanki żartowały, że jestem przywiązany do niej jak Rzecki do sklepu Wokulskiego. No więc byłem starym subiektem, który postanowił jednak odejść ze sklepu. W takich razach mówi się o potrzebie nowych wyzwań, doświadczeń, a choćby zmiany otoczenia.

Stawiłem się zatem któregoś dnia w nieistniejącym już bloku A przy ulicy Woronicza 17, wjechałem windą na 12 piętro i na małym korytarzu z czerwoną wykładziną zobaczyłem dziewczynę w dredach z pędzlem w dłoni. Pomyślałem: o cholera, nieźle się zaczyna. Dziewczyna szła malować pokój swojej redakcji.

Z zespołu Kultury, który wtedy już zaczął pracę, nie znałem prawie nikogo – poza Marzeną Adamczyk, którą pamiętałem z redakcji Teatru TV oraz Karoliną Rozwód, którą poznałem, gdy zajmowała się Rokiem Gombrowicza. Nie znałem natomiast kierownika redakcji Muzyki, Teatru i Widowisk Artystycznych, do której zostałem zaproszony – Roberta Kamyka, ani sekretarz tej redakcji, Grażyny Adamowicz. Prawdopodobnie gdyby nie ich życzliwość i wsparcie nie przeżyłbym początku pracy.

Bo w tych pierwszych dniach czułem się, jak chłopak ze wsi, który przyjechał do wielkiego miasta. W redakcji „Teatru” panowała spokojna, właściwie rodzinna atmosfera. Były problemy z wydawaniem pisma, ponieważ ciągle czekaliśmy na ministerialne dotacje, ale przecież wiedzieliśmy, co robić i jak. W telewizji praca miała zupełnie inną dynamikę i czekały mnie zadania, o których nie miałem pojęcia. Musiałem np. nauczyć się tzw. SZARPA, czyli systemu zarządzania programami. Nie będę tłumaczył, co to za zwierzę, w każdym razie mogłem wyszukiwać najrozmaitsze spektakle Teatru TV do emisji, ale nikt by ich nie zobaczył, gdyby nie znalazły się właśnie we wzmiankowanym systemie. Trzeba było szczególnie uważać, żeby „podciągnąć” odpowiednią taśmę. Zdarzało mi się wtedy budzić w środku nocy i zastanawiać, czy aby dobrze to zrobiłem.

Ale stresowi początków pracy w Kulturze towarzyszyła podnieta, że jednak jestem świadkiem, a nawet uczestnikiem budowania czegoś niezwykle ciekawego i nowatorskiego. A to poczucie potęgowało się jeszcze dzięki temu, że zebrał się tam fantastyczny zespół ludzi – pracowników i współpracowników. I tworzył się niemal od zera, co było pewnie bardzo rzadkim komfortem. Trzeba oddać pierwszej dyrekcji Kultury, a więc i Jackowi Wekslerowi, i Jerzemu Kapuścińskiemu, że skompletowali nas jak dobrą drużynę piłkarską, która musi mieć zawodników do każdej formacji, napastników, pomocników i obrońców, silne indywidualności i cichych robotników (jak nieodżałowanej pamięci Helena Gęsigóra). W tym zespole było miejsce dla ludzi z telewizyjnym doświadczeniem (ale nie rutyniarzy) i dla takich zielonych osobników, jak ja. Ale wszyscy grali do jednej bramki najlepiej, jak potrafili. Decydowały ich talenty i umiejętności. Trawestując klasyka można by powiedzieć: cymbalistów było wielu i każdy był Jankielem. No może Witek Górka jako sekretarz programowy był bardziej…

Program Kultury na początku był pomyślany niebywale ambitnie. Dzisiaj sądzę, że chyba jak na możliwości telewizyjnej percepcji zbyt ambitnie. Każdy dzień tygodnia z wyjątkiem niedzieli, która miała swojego bohatera, przydzielony był innej dziedzinie sztuki, a w jej obrębie od 17.00 nadawaliśmy programy na wybrany monograficzny temat. Tak np. teatralne wtorki zaczęliśmy od bloku poświęconego Różewiczowi, potem był, zdaje się, Kantor, następnie Grzegorzewski (który w kwietniu tamtego roku zmarł). Po Informacjach o 20.00 nadawana była na żywo 40-minutowa debata, wynikająca z głównego tematu, a prowadzona na zmianę przez Krzyśka Mieszkowskiego i Łukasza Drewniaka. Realizowana chyba w najgorszym studio, jakie było na Woronicza, a które Kazimierz Kutz określił mianem kurnika.

Z tymi debatami wiązało się mnóstwo przygód. Jedna mi utkwiła szczególnie w pamięci. To było już jesienią 2005 roku, zbliżały się wybory prezydenckie. Kolejną wtorkową rozmowę chcieliśmy poświęcić teatrowi politycznemu, a do udziału zaprosiliśmy znanego twórcę teatru alternatywnego. Był może kwadrans do rozpoczęcia programu (przypomnę: emitowanego na żywo), gdy zobaczyłem, że artysta zdejmuje dres, a pod nim ma t-shirt z napisem, który brzmiał ni mniej, ni więcej: „Kaczyński ma małego fiutka”. Można było się domyślać, że chodziło o kandydata, który właśnie startował w wyborach.

– Czy pan chce wystąpić w tym t-shircie? – zapytałem.

– Tak, bo to jest moja deklaracja polityczna. Albo w nim wystąpię, a jeśli się nie zgodzicie, to wychodzę – stwierdził kategorycznie.

Dyrektor Weksler miał zwyczaj, że zjawiał się tuż przed debatą zobaczyć, co i jak. Wydawczyni, Dorota Petrus, która od początku była wierną towarzyszką wszystkich naszych teatralnych produkcji, wyjawiła mu, jaki mamy kłopot. Na co usłyszała:

– Niech pan Majcherek decyduje.

Wtedy przekonałem się, na czym polegała menedżerska sława Wekslera: na umiejętności delegowania zadań…

Ostatecznie artysta wszedł do studia tak, jak chciał. Poprosiłem jedynie Waldka Strońskiego, naszego nadwornego realizatora, żeby tak kadrował obraz, aby widoczny był tylko napis z górnego rzędu t-shirtu. A on się ograniczał do słowa: Kaczyński.

Najśmieszniejsze jednak było to, że prowadzący rozmowę, Łukasz Drewniak, przez cały czas jej trwania w ogóle nie zauważył, co ma gość napisane na koszulce.

Na początku dworowano z nas – nazywano: telewizja Ursynów. A to z powodu małego zasięgu. Jednak mieliśmy poczucie wolności i sensu tego, co robimy. I pewność, że  tworzymy coś wartościowego, unikatowego w skali telewizji i  trafiamy do potrzeb ludzi, którzy właśnie takiego programu chcieli. Na oceanie ogłupiałej telewizji byliśmy alternatywną wyspą. Swoją drogą codzienne pasmo późnowieczorne: Strefa Alternatywna, tworzone m.in. przez Łukasza Barczyka, Marcina Kamińskiego, Piotra Kielara i dziewczynę w dredach, czyli Justynę Jabłońską, było być może jednym z najbardziej oryginalnych projektów, jakie w ogóle pojawiły się w historii polskiej telewizji, a może nie tylko polskiej. W Muzeum Narodowym w Warszawie zawisła nawet pamiątka z dorobku Strefy Alternatywnej: zapis słynnego performance’u grupy Sędzia Główny.

– Trzeba walczyć o jakość programu – mawiał Jerzy Kapuściński i rzeczywiście walczyliśmy. Tym bardziej że on nie tylko o tym mówił. Czasami zdanie to było wykrzyczane w furii. Kapuściński żywo reagował szczególnie, jeśli coś się nie udawało albo popełniane były błędy. Po jakiejś audycji zadzwonił do mnie z pretensjami, które skończył cedząc:

– Pan jest bardzo słabym handlarzem sztuką.

Przypomniało mi to anegdotę o aktorze w stanie wskazującym, któremu reżyser na próbie zwrócił uwagę:

– Pan jest pijany.

Na co aktor:

– Takimi uwagami nie pomaga mi pan zbudować roli.

Trzeba jednak powiedzieć, że Kapuścińskiemu złości przechodziły. Wtedy miał naprawdę nosa do sztuki i artystów.

W tych pierwszych miesiącach Kultury również zaczęliśmy robić coś, co potem stało się jedną z wizytówek kanału. A było tak. Któregoś dnia poprosił mnie do gabinetu Jacek Weksler i oznajmił:

– Będziemy transmitować przedstawienia teatralne.

– Jak to? – zdumiałem się – tak bezpośrednio z teatrów, z udziałem publiczności?

– Dokładnie tak – odpowiedział tonem, który nie zdradzał wątpliwości.

Szczerze mówiąc kompletnie tego sobie nie wyobrażałem. Oczywiście wiedziałem, że możliwe są rejestracje spektakli ze sceny albo ich przeniesienie do studia telewizyjnego i tutaj nagranie. Ale wstawianie kamer na widownię teatralną i transmitowanie przedstawienia tak, jak ono jest pokazywane?

Na pierwszy ogień poszedł spektakl Teatru Modrzejewskiej w Legnicy: Made in Poland w reżyserii Przemka Wojcieszka. To był wtedy hit sezonu, przedstawienie obsypane nagrodami, z główną rolą nieznanego jeszcze szerzej Eryka Lubosa. I nie grane, jak to w Legnicy, na scenie teatru, tylko w nieczynnym magazynie na osiedlu Piekary. Co więcej: prolog spektaklu odbywał się na zewnątrz tej hali. Lubos jako dresiarz Boguś rozwalał kijem bejsbolowym samochód. Po tym wstępie dopiero publiczność wchodziła do środka. Jak to pokazać w transmisji telewizyjnej?

Nie wiedziałem tego, bo nie znałem jeszcze Józefa Kowalewskiego. To był realizator telewizyjny, który pracował (i pracuje do dziś) w ośrodku TVP w Poznaniu. On został zaangażowany do przeprowadzenia eksperymentu z transmisją Made in Poland. I go wykonał z pomocą swoich ludzi, operatorów, także nieocenionej asystentki Ani Kochnowicz. To było rzeczywiście niezwykłe przedsięwzięcie z użyciem 12 kamer, z których jedna stała na dachu sąsiedniego bloku i rejestrowała panoramę całego osiedla. Wyszło bardzo efektownie. A Józek potem realizował dla Kultury jeszcze bardzo wiele spektakli i stał się w tej dziedzinie mistrzem. Pracowaliśmy z bardzo różnymi reżyserami, o różnych temperamentach, ale nigdy nie usłyszałem od nich złego słowa o robocie Józka. Wręcz przeciwnie. Jeden z nich nawet stwierdził po transmisji prowadzonej przez Kowalewskiego:

– Uwierzyłem w możliwość przeniesienia teatru do telewizji.

Jeszcze w 2005 roku transmitowaliśmy Słomkowy kapelusz w reżyserii Piotra Cieplaka z Teatru Powszechnego i Poskromienie złośnicy w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego z Teatru Dramatycznego (to było pierwsze przedstawienie Warlikowskiego pokazane w telewizji). Muzykę do Poskromienia napisał, jak wiadomo, Paweł Mykietyn. Jej saksofonowo-akordeonowy fragment stał się sygnałem dźwiękowym naszej stacji, wykorzystywanym w pierwszej oprawie plastycznej, stworzonej przez Mariusza Wilczyńskiego w charakterystycznym tylko dla niego stylu. Ilekroć ten motyw słyszę, czuję wzruszenie.

Takie to były początki TVP Kultura. Tak je zapamiętałem.

Potem było jeszcze wiele różnych przygód. Może będą inne okazje, by o nich opowiedzieć.

PS. Na YouTubie znalazłem montażówkę oprawy Kultury z 17 maja 2005 roku. To był teatralny wtorek poświęcony Jerzemu Grzegorzewskiemu: https://youtu.be/b9H0dVObixU

637 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.