Wszyscy jesteśmy z Zakaczawia

Tyle się dzieje, a tyle przestaje się dziać, że człowiek wpada w stupor. Może jakimś ratunkiem jest ożywienie myśli tym, co się wydarzyło.

Tydzień temu byłem w Legnicy na jubileuszu 20-lecia premiery Ballady o Zakaczawiu. W teatrze jak wiadomo jubileusze są pięknym dowodem pamięci o tej ulotnej sztuce, a dzisiaj może nawet nabierają szczególnego znaczenia. Skoro bieżące premiery muszą być przesuwane albo są odwoływane, to jubileusz staje się wydarzeniem zastępczym. Wspomnienie dawnej premiery musi być erzacem święta teatralnego, jakim jest nowy spektakl. Ma to swoje dobre strony, bo w końcu nie wiemy, czy nowa premiera się uda, a sięgając do starej mamy pewność, że przywołujemy dobre emocje. Kłopot się tylko pojawia, gdy jubileusz też musi być odwołany.

Na szczęście w Legnicy wszystko się odbyło zgodnie z planem. Zjechali się prawie wszyscy twórcy Ballady o Zakaczawiu, co już było znakiem, jakim sentymentem obdarzone jest to przedstawienie. Wszyscy też stawili się najpierw na ulicy Łąkowej, w miejscu, gdzie kiedyś stało kino Kolejarz, w którym spektakl miał premierę 7 października 2000 roku i gdzie był dwa lata grany. Budynku kina już nie ma. Najpierw niszczyły go podpalenia, a w końcu go rozebrano. Dzisiaj ten pusty kawałek ziemi między starymi kamienicami na Łąkowej wygląda jak szczerba po wybitym zębie. Klimat samego Zakaczawia jednak się chyba niespecjalnie zmienił. Gdy wracaliśmy stamtąd, po zrobieniu wspólnego zdjęcia, dało się zauważyć kłęby dymu w oknach pobliskiego zabytkowego gmachu, w którym mieściło się więzienie Gestapo, a po wojnie bezpieki. Pusty od dawna budynek podobno jest miejscem eksploracji miłośników zjawisk paranormalnych. Nie sądzę jednak, by dzisiaj Jacek Głomb miał ochotę o tym zrobić kolejny zakaczawski spektakl.

Dyrektor Modrzejewskiej był wyraźnie wzruszony, gdy rozpoczynał wieczór jubileuszowy w teatrze. Przypomniał tekst, który był swego rodzaju manifestem towarzyszącym premierze Ballady o Zakaczawiu. Padło w nim m.in. zdanie: „Wszyscy jesteśmy z Zakaczawia”. Nie chodziło tylko o to, że każde właściwie miasto ma taką swoją dzielnicę o złej reputacji, która jednak na swój sposób jest fascynująca i bywa inspirująca także dla artystów. Myślę, że twórcom przedstawienia na sercu leżała przede wszystkim chęć wykonania gestu wobec mieszkańców, którzy znikąd na życzliwość nie mogli liczyć. Teatr wyszedł do nich ze spektaklem, który przywołał ich historię i zrobił to u nich na miejscu. Socjologowie pewnie by mogli mówić o akcie odbudowy tożsamości i godności. Zakaczawie dzięki przedstawieniu, a także dzięki jego wersji telewizyjnej stało się sławne na cały kraj. Paradoksem jednak jest to, że sukcesu twórców Ballady nie udało się przekuć w znaczącą zmianę życia mieszkańców „dzielnicy cudów”. Inicjatywa, by w budynku po kinie Kolejarz uruchomić lokalny ośrodek kultury, skierowany przede wszystkim do dzieci i młodzieży, nie zyskała poparcia władz.  Świadomość przegranej walki o Zakaczawie gryzie Jacka Głomba od 20 lat.

Ballada o Zakaczawiu zrodziła się z legendy, ale i sam spektakl stał się legendą. Wspomnienia aktorów z pracy nad nim, a potem, gdy już go grali, obfitują w anegdoty, które rodzą się tylko w przypadku wyjątkowych premier. Szczególny kontekst tworzył też żywy kontakt z publicznością, dla której przedstawienie nie było zwykłą fikcją. Widzowie po 20 latach też pamiętają Balladę, co przecież nie zdarza się często spektaklom teatralnym.

Jak się jednak okazuje nie wszyscy zachowują tak dobrą pamięć o przedstawieniu Modrzejewskiej i są podatni na sentymenty z nim związane. „Nieodwołalnie też obumrze, jak sądzić wolno – ten rocznicowo podsycany mit o Balladzie” – czytam tekst na jednym z legnickich portali. „(…) te soczyste wspominki z dawnych lat, że ludzie prosili się, żeby wejść, że z widowni w Kolejarzu dały się słyszeć różne komentarze i dzwonienie butelek, a herszt dzielni dał ekipie Modrzejewskiej list żelazny, żeby spokojnie robiła swoje – to tylko jakieś paprochy. (…) Kiedy więc pod parafrazą tekstu JFK z Berlina wygłoszoną przez Dyrektora Głomba na Łąkowej stają do zdjęcia i Przewodniczący Rady Miasta Legnicy, i emerytowana rusycystka – i wszyscy chcą być z Zakaczawia, to trochę tak, jakby siostry Kopciuszka trzewik usiłowały przymierzyć”.

Być może dla autora tego tekstu wspomnienia o Balladzie to „paprochy”. Gdyby tylko jego złośliwości (snute nie tylko przy okazji jubileuszu, ale także w komentarzach do innych wydarzeń w Modrzejewskiej) były wynikiem czystej przekory, można by spuścić na nie zasłonę milczenia. Ale czuję w nich ten charakterystyczny smrodek bąków, które puszczane są, aby zepsuć atmosferę wokół teatru, a przede wszystkim wokół jego dyrektora. Jak wiadomo marszałek województwa dolnośląskiego ogłosił zamiar przeprowadzenia konkursu na dyrekcję Teatru Modrzejewskiej, co w przeważającej części środowiska odebrano bardzo źle i czemu dał wyraz list podpisany przez trzy tysiące osób. Trzeba jasno powiedzieć: nie ma żadnego powodu, aby Jacek Głomb musiał odchodzić z Legnicy. Teatr Modrzejewskiej pozostaje wciąż w bardzo dobrej kondycji artystycznej, nie ma wewnętrznych konfliktów, ani żadnych innych problemów, które mogłyby powodować potrzebę zmiany dyrekcji. Głomb długo już kieruje teatrem, ale ten staż nie zamienił się w rutynę, wprost przeciwnie: może budzić podziw, że Głombowi wciąż chce się walczyć o teatr, rozwijać go, wychodzić naprzeciw rzeczywistości. Nawet jubileusz 20-lecia Ballady o Zakaczawiu mógł uświadomić paradoks: z jednej strony wydaje się, że nie było to tak dawno, a z drugiej przecież wiemy, jak wiele wydarzyło się w Modrzejewskiej przez ten czas. I nie chodzi o to, że aktor Paweł Wolak nie ma już takich włosów jak dawniej. Teatr w Legnicy żyje, pamięta o swoich dokonaniach, ale nie zamyka się w nich.

Wygląda jednak na to, że o przyszłości Modrzejewskiej i Jacka Głomba będzie decydować polityka. Jest jeszcze czas, aby powstrzymać najgorsze scenariusze, próbować przemówić do poczucia odpowiedzialności tym, w których rękach jest los teatru.

A gdyby zagrożenie okazało się realne, to pamiętajmy: wszyscy jesteśmy z Zakaczawia.

296 odwiedzin

6 Comments

  1. Redaktorze,
    o teatrze legnickim popełniam teksty nie od tygodnia ani nie od czasu, gdy ogłoszono decyzję o konkursie na stanowisko jego dyrektora. Te najwcześniejsze są z 2017 roku (choć teatr odwiedzam dłużej). W Internecie nic nie ginie – łatwo sprawdzić. Zdarzało się też nie raz, że wyrażałem się nienajgorzej o tym, co na scenie.
    To też da się sprawdzić. Jeśli więc sugeruje Pan, że przyłączam się do podpiłowania krzesła pod Dyrektorem Głombem z jakiegoś zamówienia, może politycznego, że są to złośliwości albo bąki, to ktoś Pana poinformował nie dość dokładnie. Przypuszczam tak, ponieważ obserwuję ostatnio jakieś szczególne zainteresowanie moimi wypowiedziami o teatrze w Legnicy. Jak nigdy dotąd. I że Pan je zna, a innych, zdaje się – nie, nieco zastanawia.Są one, tak jak Pański – zadziwiająco zgodne w tych supozycjach, jakoby moje wypowiedzi powstawały z inspiracji politycznych – antygłombowych, by tak powiedzieć.
    Ubolewam,
    A.Kowalczyk

    Reply

    • Szanowny Panie, Pański komentarz mógłbym skwitować powiedzeniem: uderz w stół… Przeczytałem przedruk Pana tekstu o jubileuszu „Ballady” na stronie internetowej Teatru Modrzejewskiej (podobnie dwa inne teksty), bo ciekaw byłem jak to wydarzenie omawiano w lokalnych mediach. Zwrócił moją uwagę co najmniej cierpki ton Pana wypowiedzi. Jeśli jednak odcina się Pan od interpretacji, że artykuły powstały z antygłombowej inspiracji politycznej, to wypada mi trzymać Pana za słowo. Proszę pamiętać, że może ono wylecieć wróblem, a wrócić… A Teatr Modrzejewskiej nie zasługuje obecnie na taką nieostrożność.

      Reply

  2. Redaktorze,
    wolę jednak czytać Pańskie teksty o teatrze…. .
    Z trzymaniem za słowo – nie rozumiem, niczego nie obiecuję przecież. Z nożycami również – coś nie tak. Przecież Pan wyraźnie pisze, że moje teksty – ledwie wolontariusza w publicystyce – puszczane są, aby zepsuć atmosferę wokół teatru, a przede wszystkim wokół jego dyrektora.
    To nieprawda.
    Wychowywałem się trochę na tzw. Zakaczawiu i bywałem tam nie raz – jego obraz z Ballady jest dla mnie kreacją, bajką nie do wiary. I to przede wszystkim stoi w moim tekście. A żeby z tego wywieść mój wpływ na decyzje Marszałka, według insynuacji, które, niestety, Pan podejmuje, to odrobinę zanadto. Takiego wpływu ustalić się nie da, ponieważ nie istnieje.
    Zaś co do wróbla i wołu – ja nie uprawiam propagandy ani plotkuję. To zupełne nieporozumienie.
    W końcu wolno mieć nieco inne zdanie niż największa nawet, i najgłośniejsza – większość?
    A.Kowalczyk

    Reply

    • Odmienne zdanie mieć oczywiście wolno. Tym bardziej cieszy mnie kolejne Pana zapewnienie, że ta odmienność nie wpisuje się w plany Marszałka, by poddać Teatr Modrzejewskiej dyrekcyjnej procedurze konkursowej, czego sensu zdecydowana większość widzów nie widzi.

      Reply

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.