Lato 1980

Przeglądając stare papiery natrafiłem na zeszyt, w którym pisałem dziennik z wakacji 1980 roku. Skończyłem wtedy siódmą klasę szkoły podstawowej. Na wakacje niemal jak co roku wyjechałem do Koła, gdzie nasza ciocia, moja chrzestna, miała dom na przedmieściach z dużym ogrodem. Towarzyszył mi tam kuzyn, Bartek, który mieszkał w Szczecinie. Dojeżdżał też mój brat. W domu zresztą bywało pełno ludzi, znanych mi i nieznanych. Zapiski z dziennika nie należy oczywiście traktować poważnie, choć dla mnie mają wartość lekko sentymentalną. To było tamto lato. Mija 40 lat.

7 VI, sobota

Dzień był niezwykle pogodny. Właściwie powinienem się cieszyć, jest koniec roku! Ale (nigdy mi się to nie zdarzyło) poczułem żal, że kończy się rok szkolny. Było bardzo przyjemnie. Jeszcze nie chciałem wakacji. (…)

Około 14.00 wyjechaliśmy pociągiem do Koła. Siedziałem na korytarzu, bo cały niemal pociąg był zapełniony. Do Koła przyjechałem około 16.00. Koło to właściwie nieduża miejscowość. Moja ciocia mieszka na peryferiach miasta. Ma duży, fajny ogród i fantastyczny dom z tarasem. Jest tu bardzo dobrze. Można swobodnie grać w piłkę i urządzać inne zabawy. Jest śmieszny pies. (…)

Janusz dał mi do przeczytania pewien szkic o niejakim Charlesie Mansonie. Łączy się to z moimi zainteresowaniami Beatlesami. Historia Mansona mną wstrząsnęła. Był to człowiek moim zdaniem chory psychicznie. Podawał się za Chrystusa, za Piątego Anioła, który ogłosi koniec świata (pierwszymi aniołami mieli być Beatlesi). Jego osobowość łączy się z charakterem Hitlera i Stalina. Długo rozmyślałem nad jego postępowaniem, wpływem na tzw. kontrkulturę. Szkic był bardzo dobry.

*

Mały komentarz po latach: z cytowanych zapisków usunąłem wynurzenia na temat afektu, jakim darzyłem wówczas pewną miłą koleżankę z klasy o imieniu Monika. Zapewniam, że wzdychania ku niej nie miały w sobie nic oryginalnego, czego by nie doświadczali wszyscy 13-14-latkowie świata.

A szkic o Mansonie, który zrobił na mnie takie wrażenie, jest oczywiście autorstwa Jana Józefa Szczepańskiego i pochodzi z tomu: „Przed nieznanym trybunałem”.

8 VI, niedziela

Niedziel na ogół nie lubię. Wolę soboty, ale w wakacje jest to zwykły właściwie dzień, niczym się nie różniący od innych, może tym, że idzie się do Kościoła. Spotkałem się z babcią Rócią i dziadkiem Ignacym. Dziwne, że to już przeszło 90-letnia kobieta jest jeszcze pełna życia.

Do południa słuchałem znakomitych utworów Pink Floyd (Ummagamma, Ciemna strona księżyca) i Jeana Michela Jarra (Zrównanie dnia z nocą). Te kilka utworów zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

*

Babcia Rócia była rzeczywiście oryginalną osobą. Nie była moją babcią, ale z racji wieku tak na nią mówiliśmy. Była też nazywana ciocią przez starsze pokolenia naszej rodziny. Pisałem już kiedyś o niej na blogu, kto ciekaw, niech spojrzy:

11 VI, środa

Bartek nie przyjechał. Był telefon ze Szczecina. Powiedzieli, że przyjedzie dzisiaj. Czekam na nich. Dziś rozpoczynają się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Będą transmitować dwa mecze RFN-CSRS i Holandia-Grecja. Nudzę się cholernie. Nie chce mi się nic robić. U Kaczkowskiego (W tonacji Trójki) leciał koncert Queen. Dość przeciętny, ale zawsze coś.

12 VI, czwartek

Cały czas jestem z Bartkiem. Gramy, rozmawiamy itp. Po południu byliśmy w mieście. Księgarnia była zamknięta, ale za to w kiosku kupiliśmy pełno pocztówek dźwiękowych m.in. Paula McCartneya i Queen. Oglądałem dwa mecze Anglia-Belgia i Włochy-Hiszpania. Oba wyniki mnie zaskoczyły – 1:1 i 0-0, a gra podobała mi się tylko w drugim meczu. Dziś był telefon, że dziadek umarł. Będę musiał jechać na pogrzeb.

*

Zmarł ojciec ojca, który mieszkał w pobliskim Turku, naszym rodzinnym mieście.

15 VI, niedziela

Dziś był pogrzeb dziadka. Pojechaliśmy do Turku żukiem. Siedzieliśmy z tyłu na kozetce. Na miejscu spotkałem całą rodzinę. Wraz z Bartkiem, Radkiem, Małgosią i jeszcze jakimiś chłopakami szliśmy tuż za karawanem. W kostnicy widziałem dziadka. Niezbyt przyjemny widok. W Kościele była msza za zmarłego, a potem szliśmy na cmentarz. W połowie drogi zaczął padać ulewny deszcz. Na samym cmentarzu woda lała mi się za koszulę, a wyglądałem jakbym wyszedł z kąpieli. Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Koła. Janusz z mamą wyjechali do Warszawy. Ja obejrzałem jeszcze mecz Włochy-Anglia (1:0) i poszedłem spać. Dzień właściwie bardzo dobrze zniosłem, a było przecież wiele wrażeń.

19 VI, czwartek

Byliśmy u babci Róci i dziadka Ignasia. Babcia wpychała w nas różne smakołyki, a przy tym zachowywała się bardzo śmiesznie.

20 VI, piątek

Dziś przyjechali mama z tatą i Janusz. Janusz zdał wszystkie egzaminy pomyślnie.

*

Brat zdał egzaminy oczywiście na Wydziale Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Skończył właśnie II rok studiów.

22 VI, niedziela

Cały dzień lało, nawet do Kościoła nie poszliśmy. Nudziliśmy się bardzo. Był mecz o I miejsce RFN-Belgia – równie dramatyczne i interesujące spotkanie jak w sobotę. Mistrzostwo Europy zdobyli piłkarze RFN. Niemcy wygrali 2:1.

28 VI, sobota

Do południa szukaliśmy masła.

Kłóciłem się z Bartkiem o różnice między rock a pop. Co wykonują Beatlesi. Niestety nie doszliśmy do porozumienia.

Nie mam czasu na pisanie tego dziennika (najwyżej rano), ale staram się jak mogę.

*

Wyjaśnienie dla młodszego czytelnika: masła nie szukaliśmy, bo gdzieś zginęło w lodówce. Masła po prostu nie było w asortymencie sklepowym. Trzeba było trochę się nachodzić, postać w kolejkach, żeby je kupić.

29 VI, niedziela

Jeszcze tak dziwnej mszy w Kościele nie widziałem. Zaskoczyło mnie, że grał na mszy zespół, i to z gitarami, perkusją i organami. Istny big-beat (głośno grali).

Po południu rozszalała się cholerna burza.

Wieczorem oglądaliśmy Opole ’80. Trudno określić, czy był to dobry festiwal, czy zły. Organizacja dość kiepska. Muzyka średnia. Wykonawcy również przeciętni. Zgadzam się z werdyktem jury co do I miejsca. To był jedyny jasny punkt w całym festiwalu. Reszta miernota, z której w przyszłości może da coś się wyłuskać.

*

Prawdę mówiąc nie wiem, co było dla mnie tym „jasnym punktem”. Grand Prix festiwalu w Opolu zdobyła wtedy Katarzyna Gaertner za muzykę do widowiska „Pozłacany warkocz”. Nagrodę główną uzyskała Izabela Trojanowska za „Tyle samo prawd, ile kłamstw”. W konkursie premier ex aequo uhonorowano Andrzeja Rosiewicza za „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny” i Ewę Bem za piosenkę „Z tobą, bez ciebie”. Nie był to wcale taki mierny festiwal, skoro nagrody dostali wtedy Maanam z po raz pierwszy widzianą i słyszaną Korą, a dziennikarze zauważyli Jacka Kaczmarskiego, którego „Obławy” telewizja jednak nie pokazała. A w debiutach wystąpił nieznany nikomu Zbigniew Zamachowski. Dla kogoś jednak, kto słuchał głównie Beatlesów, Pink Floyd, Queen ówczesna polska estrada nie miała specjalnych walorów.

Zastanawiam mnie jeszcze, dlaczego uznałem, że „organizacja festiwalu była dość kiepska”?

4 VII, piątek

Po południu przyjechał Janusz. Przywiózł magnetofon, ale nie przywiózł płyt. Byłem zły na niego. Bo nie nagrał ani Pink Floyd, ani Queen.

7 VII, poniedziałek

Do południa zrobiliśmy z Bartkiem wielką wyprawę. Pojechaliśmy autobusem na dworzec (na drugi koniec miasta) po „Non-Stop”. Wracaliśmy na nogach wstępując do każdego kiosku, bo na dworcu (pech chciał) „Non-stopu” nie było. Miałem w pamięci tę wyprawę na dworzec. Potem wydawała mi się śmieszna, a najbardziej komiczne było to, że nie kupiliśmy tego, co chcieliśmy.

*

Starsi pamiętają: „Non-Stop” to było bodaj jedyne krajowe pismo poświęcone muzyce rozrywkowej, z którego czerpało się wiadomości o różnych zagranicznych gwiazdach. Bardzo było marnie wydawane, ale było.

9 VII, środa

Nic się nie dzieje. U Kaczkowskiego nic ciekawego nie było i w ogóle jest dość nudnawo.

10 VII, czwartek

Ciągle pada. Od samego rana Koło tonie w deszczu. My siedzimy w pokoju z tarasem i nic nie robimy. W domu jest wielkie poruszenie, bo nadchodzi wielki remont. Wczoraj znaleźliśmy ciekawe dokumenty. Są to stare papiery (z dwudziestych lat tego wieku), m.in. listy z Ameryki i prawdziwy „biały kruk” – list babci z ucieczki do Przemyśla w 1939 roku. Poza tym dokumenty te są wielką ciekawostką i dają światło na tamte czasy i naszą rodzinę.

*

Jak to bywało w historii wielu rodzin z początków XX wieku ich reprezentanci emigrowali za lepszym życiem do Ameryki. Mieliśmy też takich przodków. Babcia, czyli mama mamy wraz z dziadkiem (i moją małoletnią mamą) uciekali z Turku przed Niemcami w kampanii wrześniowej. Trafili do Przemyśla, gdzie po 17 IX weszli Sowieci. Dziadek podobno bał się zostać pod okupacją radziecką, więc potajemnie wrócili do Koła.

16 VII, środa

Wieczorem był znakomity film Hitchcocka Psychoza. Nie był to zwykły film kryminalny o zabarwieniu grozy, lecz bardzo trudne studium psychologiczne.

19 VII, sobota

Dziś nastąpiło otwarcie Igrzysk Olimpijskich. Do Moskwy przyjechało jedynie 79 państw. Co to będzie za Olimpiada? Otwarcie było oczywiście huczne, ale bez atmosfery.

22 VII, wtorek

Dziś jest święto narodowe. My wcale go nie czcimy. Ot, zwykły powszedni dzień.

26 VII, sobota

Dziś są imieniny mamy. Bardzo fajnie jest. Po południu przyjechał tato i było duże przyjęcie. Potem się wykąpałem. Nagrałem koncert Queen oraz bardzo piękne piosenki Johna Lennona.

27 VII, niedziela

Dzień ten jest bardzo niepomyślny. Janusz zachorował. Czuje się bardzo źle. Poszliśmy więc na pogotowie. Okazało się, że Janusz jest lekko przeziębiony. W całym domu było więc lekkie poruszenie. Sprawa się jednak pogmatwała. Janusz zaczął wymiotować i postanowiono, że nazajutrz uda się do wujka Tadka.

28 VII, poniedziałek

Okazało się, że Janusz ma zatrucie. Był bowiem u wujka Tadka, który mu powiedział, że zatruł się porzeczkami. A więc sprawa się wyjaśniła i nareszcie wszystko jest w porządku. Janusz jest na diecie.

*

Wujek Tadek był co prawda ginekologiem, ale rodzina chętnie korzystała z innej jego wiedzy medycznej.

30 VII, środa

Dziś Kozakiewicz zdobył złoty medal w skoku o tyczce. Cieszę się bardzo z tego.

3 VIII, niedziela

Przez te dwa dni właściwie nic się nie działo. Były to ostatnie dni mego pobytu w Kole. Dziś wyjeżdżam do Szczecina. Co dał mi ten pobyt w Kole? Nie miałem jakichś oszałamiających przygód, a mimo to nie narzekam na brak wrażeń. Było mi raz dobrze, raz źle, raz byłem wściekły, raz miałem znakomity humor, ale cieszę się z tego prawie dwumiesięcznego pobytu w Kole. Była to właściwie pierwsza bardzo długa część moich wakacji. Teraz będzie druga – króciutka – zaledwie tygodniowa w Szczecinie. Pamiętam dokładnie pierwszy dzień mego pobytu w Kole, teraz jest ostatni. Na godzinę przed wyjazdem chodzę po ogrodzie, po domu i wspominam, jak to było w tym Kole. Przypominam sobie osoby, miejsca i zdarzenia. W sumie jest to bardzo przyjemne i ma nutkę nostalgii, liryki i smutku. Wiem bowiem, że niewiele mi zostało do końca wakacji, niewiele ponad dwa tygodnie, i to jest najsmutniejsze.

*

W tamtym czasie do szkoły wracało się około 20 sierpnia. Koniec miesiąca wówczas przyniósł pamiętne, historyczne wydarzenia. Ja pisałem dalej dziennik. Ale dzisiaj już nie chce mi się do niego wracać. W Kole wszystko w ciągu tych 40 lat się zmieniło. Nie ma już od dawna ogrodu, gdzie uganiałem się za piłką, a zmorą było zbieranie owoców z niezliczonych krzaków. Ciotka podzieliła go na działki i posprzedawała. Stoją na nich teraz pokaźne domy obcych ludzi. Ciocia Basia zmarła parę lat temu. Po niej odszedł wujek. Do Koła jeździmy już tylko na cmentarz.

363 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.