Ciocia Rócia czyta Sienkiewicza

Narodowe czytanie Potopu Henryka Sienkiewicza w sobotnie południe w Ogrodzie Saskim rozpoczął pan prezydent, z którego inicjatywy akcja się zrodziła i która stała się już sympatyczną tradycją, bowiem dwa lata temu lekturę zainaugurowano Panem Tadeuszem, rok temu czytano Fredrę, przyszła teraz kolej na autora Trylogii. Na przyszły rok proponowałbym Lalkę Prusa, bo to jednak największa nasza powieść i w kanonie powinna mieć swoje miejsce. Aura sprzyjała słuchaniu, słońce przygrzewało jeszcze letnimi promieniami, Bronisław Maj podjął się roli konferansjera imprezy i jak zwykle zrobił to z wdziękiem i dowcipem.
– Podobno Trylogia czytana jest dzisiaj w 1600 miast w Polsce – powiedział na początku. – Nie wiem, czy tyle mamy miast, ale we wszystkich lektura się odbywa.
Jako pierwszy spośród aktorów do czytania przystąpił Adam Woronowicz. Czytał tak, że od razu przed oczami stanęło spotkanie Andrzeja Kmicica z Oleńką Billewiczówną. I rzeczywiście okrutnie ta panna mogła się spodobać.
Słuchając Adasia myśl moja powędrowała ku innym wspomnieniom. Znałem jedną osobę, dla której lektura Trylogii była chyba nawet ważniejsza niż Biblia. Nazywana była w naszej rodzinie ciocią Rócią. Prawdę mówiąc nie wiem, czy to szczególne zdrobnienie pochodziło od imienia Róża czy Rozalia. Ciocia mieszkała w Kole, gdzie w latach dzieciństwa spędzałem często wakacje w domu z ogrodem innej mojej ciotki. Było jednak tradycją, że ciocię Rócię odwiedzało się w jej mieszkaniu w kamieniczce, która znajdowała się opodal rynku. Byłem małym chłopakiem, który myślał tylko o piłce nożnej, więc te wizyty traktowałem jako konieczny obowiązek, przerwę w wakacyjnych przyjemnościach.

Ciocia Rócia, jej mąż, zwany wujkiem Ignasiem i ich mieszkanie stanowili świat, którego nigdzie indziej nie mogłem poznać. Oczywiście w moim odczuciu był to świat starzyzny, zamierzchłej przeszłości, która tyleż wydawała mi się odstręczająca, co pociągająca. Gdybym nie miał teraz głowy zaprzątniętej różnymi sprawami, wytężyłbym pamięć, żeby opisać na przykład szczegóły wystroju ich domostwa, meble, obrazy na ścianach, bibeloty – we wszystkim tym czas się zatrzymał wiele, wiele lat wcześniej, może na początku wieku. Ciocia Rócia zresztą była najstarszą osobą, jaką znałem. Zbliżała się już do 90-tki i z mojej małoletniej perspektywy wydawało się to jakimś cudem natury. Wujek Ignaś był parę dobrych lat młodszy od cioci, a historia ich związku stanowiła przedmiot rodzinnych opowieści. Wujek cieszył się opinią człowieka wielkiej zacności. Ciocia była odrobinę zdziwaczała, nie wychodziła już z domu, choć zachowywała niezwykłą żywotność, która przejawiała się przede wszystkim w tym, że komenderowała wujkiem, co on znosił ze spokojem. Pamiętam jej niewielką sylwetkę, wpatrujące się we mnie oczy i podsuwane cukierki z niezmienną kwestią:
– Jedz, wilczku młody.
Owoż, jakby napisał Henryk Sienkiewicz, ciocia Rócia przez całe życie czytała tylko jedną książkę. Była to właśnie Trylogia. Zaczynała od Ogniem i mieczem, następnie przechodziła do Potopu, by skończyć lekturę Panem Wołodyjowskim. Skończyć? Gdzieżby! Po zamknięciu ostatniej karty opowieści o małym rycerzu, ciocia natychmiast otwierała pierwszą stronę przygód pana Skrzetuskiego. Wiadomo, że czytanie wszystkich trzech powieści, bardzo przecież obszernych, zajmowało jej sporo czasu. Ale też nigdy nie znudziło. Być może każda ponowna lektura dawała cioci nowe wrażenia, odkrywała szczegóły, niedostrzeżone wcześniej. W każdym razie Trylogia zbudowała jej świat równoległy do życia u boku zacnego fryzjera, w mieszkaniu z balkonem wychodzącym na główną ulicę Koła.
Ciocia przeżyła wujka o parę lat. Sama miała niezwykłą śmierć. Przewrócił się na nią stary, stojący zegar, gdy jak co dzień chciała go nakręcić.

315 odwiedzin

One Comment

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.