Polacy

Przedstawienie Polacy na kameralnej scenie Teatru Polskiego jest ogólnie słuszne. Zapewne konfrontacja myśli prymasa Wyszyńskiego i Witolda Gombrowicza o Bogu, Polsce, narodzie, człowieku i historii tworzy wyrazisty dialog. W spektaklu pobrzmiewa stary, dobry teatr aluzji. Publiczność może kiwać głowami ze zrozumieniem. Jestem najdalszy od lekceważenia inteligenckiego myślenia, do którego twórcy Polaków aspirują, ale mierzi mnie, gdy pod jego pozorami wstawia się zwyczajny banał, a nawet fałsz.

Obu bohaterów zamknięto w czymś w rodzaju klatki, która symbolizuje trochę pociąg, a trochę więzienie. Scenariusz ułożono tak, że cytaty z Dzienników Gombrowicza pokojarzono z zapiskami więziennymi i homiliami Wyszyńskiego, i na odwrót. Pisarz i kapłan mówią do siebie, ale trzymają się na dystans. Sytuacja tego dialogu jest w gruncie rzeczy sztuczna, przede wszystkim dlatego, że Wyszyński swoje wyznania nie kierował do takiego polemisty, jakim był Gombrowicz. Nie chodzi oczywiście o realny zwrot (nie wiem, czy Wyszyński w ogóle kiedykolwiek wymienił nazwisko Gombrowicza, denerwował się, jak wiadomo, na Różewicza i Grotowskiego). Adresatem myśli prymasa był z jednej strony „lud boży”, a z drugiej komuniści. Wyszyński czuł wielką odpowiedzialność za obronę wiary i polskości wobec opresji komunistycznej. Prowokacje Gombrowicza w tym kontekście są z zupełnie innego porządku. Zyskuje on zresztą przewagę w tej rozmowie, bo jego sądy są po prostu bardziej błyskotliwe, wyzwolone, przewrotne, a Wyszyński (grany przez Olgierda Łukaszewicza) zamknięty jest w godnościowej formie prześladowanego prymasa. Radek Krzyżowski nawet nie dodaje do tekstu Gombrowiczowskiej gęby (swoją drogą temu, kto wpadł na pomysł, by Krzyżowskiego obsadzić w roli Witolda, niech Pan Bóg odpuści). W jednej tylko scenie Gombro nakłada na głowę powstańczy hełm, przywdziewa husarskie pióra i z szablą naciera w stronę Wyszyńskiego, po chwili historyczne rekwizyty wyrzuca za drzwi. Wyszyński biegnie, by je ratować. Inna scena jest bardziej demagogiczna. Oto Gombrowicz i Wyszyński siadają za stołem – przed pierwszym stoi kieliszek czerwonego wina i talerz z winogronami, drugi sięga po kawałek razowego chleba i metalowy kubek. Oczywiście autor Ferdydurke nie siedział w więzieniu, ale przecież zaznawał biedy i samotności na obczyźnie, więc po co go ustawiać w nieprawdziwej opozycji?

Rozumiem intencje, które towarzyszyły powstaniu spektaklu. Chodziło o pokazanie sporu wartości i idei, który wciąż odgrywa ważną rolę w naszym myśleniu. Jednak ta wyimaginowana debata Kapłana i Błazna to mimo wszystko temat bardziej na esej w Gazecie Świątecznej niż przedstawienie teatralne. 

938 odwiedzin

One Comment

Skomentuj ~dic Anuluj pisanie odpowiedzi

Oznaczone pola są wymagane *.