Rozpoczęła się inauguracja. Setki dzieciaków wbiegły na boisko i zaczęły wykonywać figury, które tworzyły żywe obrazy. Układom towarzyszyła muzyka: najpierw Chopin grany przez pianistę na wielkim fortepianie, który ustawiono na środku boiska, a potem ilustrację dźwiękową przejął didżej. Teraz już nie pamiętam wszystkiego, ale cała ta choreografia robiła efektowne wrażenie. Wszystko zmieniało się błyskawicznie i wykonane było perfekcyjnie. Ludzie klaskali, bo im się naprawdę podobało. Punkt kulminacyjny tej oprawy należał jednak do kibiców. Byli już wcześniej uprzedzeni, że na znak znajdujących się na trybunach hostess mieli podnieść duże kartki papieru. Sygnał wyświetliły też monitory. I stopniowo różne kolory kartek utworzyły flagi poszczególnych państw uczestniczących w Euro. Nie wiem, dlaczego, ale myśmy na dole nie mieli kartek, więc tylko się przypatrywaliśmy temu, co się dzieje. W finale na środku boiska wyrósł kwiat, będący logo mistrzostw. Dzieci zbiegły z boiska, a ci sami chłopcy, którzy rozwijali płótno z powrotem je zwinęli. Czekaliśmy już tylko na rozpoczęcie meczu.
Wyjściu piłkarzy towarzyszyła oczywiście wielka wrzawa. Speaker zapowiedział hymny. Grecki przywitały brawa. Przy polskim wiadomo: szaliki poszły w górę, ludzie darli się wniebogłosy, na ekranach jak w karaoke wyświetlał się tekst Mazurka Dąbrowskiego.
Początek meczu nam się ułożył. Atakowaliśmy, mieliśmy przynajmniej dwie sytuacje. Widziałem je z daleka, bo graliśmy na bramkę, która była po przeciwnej stronie. Na monitorach można było podglądać obraz z telewizyjnej transmisji. Grecy rzadko podchodzili pod naszą bramkę, a jak już się to zdarzyło, to nasi pewnie bronili. Wreszcie stało się to, co wisiało w nieruchomym powietrzu. Nie zorientowałem się, kto dośrodkował. Myślałem, że to był Piszczek, ale okazało się, że Błaszczykowski. Wyskok Lewandowskiego zobaczyłem jakby od tyłu i bramkarza, który pofrunął za piłką, ale nie mógł jej wybić. Stadion eksplodował. Była w tym nie tylko radość z bramki, ale taka ulga, że nam dobrze idzie i szczęście sprzyja, więc może… Wydawało się, że teraz zmiażdżymy Greków. Że padną następne gole. Doping się wzmagał, ale nie trwał non-stop. Było kręcenie szalikami, była meksykańska fala, klaskanie, śpiewy: „Polacy, my chcemy gola”, „Jeszcze jeden, jeszcze jeden” i gwizdy wiercące uszy, gdy Grecy próbowali konstruować atak. W pewnym momencie wydawało się, że sędzia jest przeciwko nim, że wiele robi, by ich zniechęcić tego dnia do gry. Czerwona kartka dla ich obrońcy była wątpliwa. Oczywiście wywołała entuzjazm, ale spojrzeliśmy po sobie z Radkiem i nie musieliśmy nic mówić, żeby się zrozumieć. Obaj też widzieliśmy, że Perquis dotknął ręką piłki w naszym polu karnym, a sędzia tego nie gwizdnął. Na ekranach nie powtarzano kontrowersyjnych sytuacji, więc nie wiem, jak to wyglądało w telewizji. Grecy byli wściekli. Nawet zrobiło mi się ich żal, że robi się z nich ofiarę. Pierwsza połowa skończyła się naszym prowadzeniem.
W przerwie część ludzi poleciała po zakupy. Rozumiem, że potrzebne były napoje, ale kupować zapiekanki? Ludzie muszą ciągle coś jeść. No i znowu zdjęcia. Już się zaczynała druga połowa, a oni jeszcze sobie pstrykali.
Nasi wyszli pierwsi jakby mieli większą ochotę grać. Ale to Grecy zaatakowali. I niedługo po rozpoczęciu strzelili na 1:1. Z daleka widać było, że zawalili obrońcy. Boenisch pozwolił Grekowi dośrodkować, a Szczęsny z Wasilewskim przepuścili piłkę. Nastrój się zważył. Prowadziliśmy, mieliśmy przewagę jednego zawodnika i straciliśmy bramkę. Ludzie jednak ruszyli z dopingiem: „Jesteśmy z wami, Polacy, jesteśmy zwami”. Ale fortuna nie chciała się odwrócić. Czerwona kartka dla Szczęsnego i karny był szokiem. Część ludzi zamarła, jakby nie wierząc, co się dzieje. Część gwizdała. Przerwa się przedłużała. Do bramki wszedł Tytoń. Powiem szczerze: myślałem, że będzie 2:1 i że już się nie podniesiemy. Ale stał się cud. Za chwilę cały stadion skandował: Przemek Tytoń. Czy on mógł przypuszczać, że stanie się bohaterem narodowym w ciągu jednej minuty? To Szczęsny był numerem 1, to za nim szła fama jednego z najlepszych bramkarzy świata, a tu taka nieoczekiwana zmiana ról. Wydawało się, że obrona karnego natchnie naszych do ataku. Ale z przodu słabo graliśmy. Smuda nie wprowadził żadnych zmian, co głośno komentowano na trybunach. Przez całą drugą połowę kilka metrów od nas rozgrzewali się: Brożek, Mierzejewski, Grosicki, Dudka. Właściwie można było z nimi pogadać, bo dreptali w miejscu. Stadion wołał: „Gramy do końca, Polacy, gramy do końca”. Nawet w pewnym momencie znowu wszyscy zaczęli śpiewać hymn. Nic nie pomogło. Sędzia gwizdnął na zakończenie.
Tłum wychodził właściwie w milczeniu. Nie wiadomo było, co czuć: zawód, że nie wygraliśmy, czy ulgę, że nie przegraliśmy. Rzeka ludzi płynęła spokojnie od stadionu, przód pochodu widać było pod palmą na rondzie de Gaulle’a. Słońce ładnie zachodziło za Pałacem Kultury.
Tak ładnie Pan opisał ten mecz, że aż pożałowałam, że jednak wolę teatr ;-) i właściwie nabrałam ochoty, żeby kiedyś wybrać się na stadion. Eksperymentalnie.
Nie da się niestety porównać jedengo z drugim. Ale pod względem emocji dobry mecz będzie miał zawsze przewagę nad teatrem. Proszę się kiiedyś o tym przekonać.
Wojtku, Nie mogę się z Toba zgodzić – to chyba zależy od tego, co kto woli. To po prostu inny rodzaj emocji. Ja oglądałam mecz w TV – chyba po raz pierwszy z życiu (i nie bez emocji)! – i naszły mnie takie refleksje, że źródła tych dwóch dyscyplin są właściwie te same. Więc wcale nie tak daleko… ;)
Piłka oczywiście wywołuje mniej skomplikowane emocje, przez to mogą one być silniejsze, ale teatrowi może czasami też by się przydało być mniej sophistaceted. Pozdrawiam
Panie Wojciechu, i Pan też w tym owczym pędzie bierze udział. Nie wstyd Panu? Boks wywołuje silniejsze emocje niż futbol, polecam. Szymborska lubiła Gołotę…
Ale ja już od prawie 40 lat biorę udział w tym owczym pędzie i raczej się tego nie wstydzę. Natomiast boks jest oczywiście emocjonującym sportem, mającym swoje „kulturalne” konteksty, ale jednak nie jest dla mnie tak pasjonujący jak piłka. Poza tym trochę mnie śmieszy otoczka (właściwie to jest cały teatr), jaką ostatnio się tworzy wokół głośnych pojedynków. Pozdrawiam
Otoczka futbolu to cały cyrk a piłka okrągła jak sejm.Siedząc spokojnie w domu ten zgiełk, ten tłum, ten krzyk, ten wryjakop ja sobie wyobrażam, Boże Ty mój! Całuję rączki
A na walkach bokserskich jest inaczej? Kazimierz Wyka – kibic zawołany – podobno krzyczał na meczach: „Sędzia ch…” Choć było to w lepszych czasach dla kibiców i dla polonistów chyba też. Ukłony przesyłam wraz z cytatą:Mówiąc „adieu” ty się śmiałeś do mnie…
Wsio taki wy mienia nie poniali. Chodziło mi o otoczkę: medialną, nacjonalistyczną, kibolową i dwupłciową. Nie o to, co się dzieje na stadionach, a o to, co się dzieje w mieście, telewizji, gadzinówkach różnej maści a nawet tygodnikach, podających się za szacowne.. Chmary wrzeszczących zainteresowanych, zablokowany ruch komunikacyjny, Chudzina Chopin jako reklama tężyzny i zdrowia narodowego futbolu, itd itp. Jak zauważył pewien optymista podczas Euro odnieślismy jedno niezaprzeczalne zwycięstwo: Jarosław Kaczyński zniknął w jego cieniu. „Szczęście trwało tak krótko…” napiszę Panu wkrótceTymczasem pięknie się kłaniam
Zgoda, też mnie śmieszy Monika Olejnik albo Justyna Pochanke, które odpytują piłkarzy i robią takie miny jakby się „straśnie” znały. Jest pewnego rodzaju propaganda sukcesu mimo porażki piłkarzy. Ale może trzeba na to wszystko spojrzeć normalnie: to jest czas igrzysk ze swoimi prawami, nie są one tak bardzo uciążliwe jak niektórzy wieszczyli. Do swojej „smuty” jeszcze wrócimy. Kreślę się z szacunkiem.
wiem, że wyrzucisz ten komentarz, ale zmień zawód. na serio – zmień zawód
Rad bym wiedzieć, kto mi to proponuje. Wtedy może się ustosunkuję. Na serio.
ale ja z kolei oglądałem jeden z meczów z ludźmi tzw kultury, a w tym w większości z aktorami z Warszawy i nie mogłem wyjść z podziwu jak oddanymi byli kibicami. Jakby nie zdawali sobie sprawy kogo mają za premiera i ile pieniędzy cofnięto kulturze i teatrom na rzecz euro. Mieli to w nosie. Pan nie ukrywa swoich sympatii także, co również mnie dziwi, ponieważ to po prostu nie idzie w parze. Ja nie mówię „albo jedno albo drugie” ale oni tak mówią, a pan ich w tym wspiera. Dziwne.
A może po prostu oni są normalnymi mimo wszystko ludźmi, którzy są w stanie rozróżnić, co jest czym? Słuchając dzisiaj przeciwników Euro mam wrażenie jak bym się cofnął do 1982 roku – wtedy też byli tacy, co odmawiali kibicowania i zainteresowania Mundialem w Hiszpanii, ponieważ był stan wojenny, ludzie siedzieli w więzieniach, a nasza drużyna nie była reprezentacją Polski, ale junty Jaruzelskiego. Za dwa tygodnie Euro się skończy i będziemy mogli znowu się martwić o teatr.
normalni ludzie nie cieszą się, kiedy się ich kopie po głowie. Nie ma czegoś takiego jak dwa tygodnie euro, a potem znowu stary temat. Kasa jaka poszła z jednej strony w drugą nie wróci po dwóch tygodniach. Premier nie zacznie chodzić do teatru, nadal będzie grał w piłkę. Zdaje pan sobie sprawę? Jeżeli to jest woda na pana młyn to ja nie wiem, co pan miele. Cieszę się, że nasi przegrali. Lepszego prezentu nie mogłem dostać. Może już niedługo otworzą teatry. Trzeba zdać sobie sprawę co jest co. Żeby wyrównać zarobki kogoś, kto kopie okrągły przedmiot nogą, niezależnie od tego, jak dobrze to robi, trzeba by zrobić w danym roku 10 pokojowych nagród Nobla. Widzi pan dysonans, czy nie? Ja widzę. I nie o to chodzi, że inni nie widzą, bo innych jest cała masa, ale o to, że pan nie widzi. Bo pan, zdaje się, jest człowiekiem teatru. A tu zaczyna się problem, bo jest konflikt interesów.
Tego się właśnie spodziewałem: radość z porażki tych, którzy krytykują Euro i satysfakcja, że popsuła się zabawa. Ale proszę powiedzieć: czy gdybyśmy nie oganizowali Euro, to teatrom byłoby lepiej? Aktorzy zarabialiby tyle, ile piłkarze? A tłumy widzów oblegały stołeczne teatry? Telewizja BBC zrobiłaby reportaż o szczęśliwych Polakach, którzy częściej chodzą do teatrów niż na mecze piłkarskie?