Ja mam dosyć pozytywny stosunek do mistyki, więc doceniam sztukę, która zgłębia różne tajemnice, kontaktuje się z duchami i duszami, Panem Bogiem i ogólnie jest niesamowita. Ale przyznam szczerze, że tyle mistyki, ile jest w najnowszym przedstawieniu Pawła Passiniego, które wczoraj oglądałem w Teatrze Żydowskim w ramach festiwalu Warszawa Singera, przekracza moją tolerancję na mgliste nastroje. Reżysera skądinąd cenię, bo idzie swoją drogą, pamiętając jednocześnie (a nawet usilnie przypominając), że było paru ważnych artystów teatru przed nim. Czyni to również w Kukle. Księdze blasku, w której występują wyraźne odwołania do Kantora i Grotowskiego. Refleksy ich teatru odbijają się szczególnie w postaci, którą tworzy mim Pantomimy Henryka Tomaszewskiego, Marek Oleksy (to nie jest zresztą pierwsze spotkanie aktora z Passinim, ponieważ grał w jego przedstawieniu o Artaudzie w Studio). To on najpierw wciela się w kogoś, kto przypomina Kantora, by w finale przeistoczyć w ikonę Ryszarda Cieślaka z Księcia Niezłomnego. Tak to wygląda, natomiast wyjaśnić, w jaki sposób to się dzieje, nie potrafię, gdyż spektakl jest rebusem, którego rozwiązanie z pewnością może dostarczyć przyjemności, ale znam większe. Bo w tej układance znaków i symboli jest i księga żydowskiego mistycyzmu, i Dziady Mickiewicza (skądinąd być może to najciekawszy fragment przedstawienia, znowu z przywołaniem Grotowskiego, tym razem w obrazie gromady upozowanej na więźniów z Akropolis), i amerykańskie anioły, i chłopiec-cadyk, i oczywiście wizualizacje, no i wreszcie sam Passini, który lekko ironicznie rozpoczyna to widowisko, by jednak z czasem wycofać się ze swoimi komentarzami. Jest również muzyka grana na żywo, której dość monotonne brzmienie wywołuje raczej senny nastrój. Wszystkiego jednak jest ponad miarę. Chciałoby się poddać aurze tego widowiska, ale człowieka ze stuporu budzi pytanie: czy przypadkiem to nie jest wykwit zwykłej grafomanii?
O sztuce rezygnacji mawiali klasycy.
O sztuce rezygnacji mawiali klasycy.
Mój Ulubiony Blogerze,jako człowiek, który swoje lata ma, nie muszę być tak eufemistyczny,żeby pytaniem retorycznym zastępować twierdzenie kategoryczne. Oświadczam na tym miejscu i mówię otwarcie, że owa grafomania w spektalu Passiniego, nie jest przypadkowa, lecz chroniczna. Dwa razy byłem na jego przedstawieniu; po raz pierwszy i ostatni. Co tam się nie działo na temat Wyspiańskiego i jego, pięciorga bodajże , dzieci (Wyspiański miał trójkę). Tiule fruwały, aniołki tańczyły, groby zasciełały parkiet. Przyczyn promowania Passiniego przez recenzentów, nie warto mi dochodzić i analizować. Podobnie jak forowania Maji Kleczewskiej do czołówki jej pokolenia. By obraz rzeczy był sprawiedliwy, muszę dodać, że różnica między tymi dwojgiem jest znacząca: Passini sprawia wrażenie uczciwego, Kleczewską ponosi, jak mówią feministki, „zazdrość o penisa”. Chce tak przyładować, żeby przeskoczyć największego brutalistę. A grzebaniem w prywatnej duszy aktora, przewyższyć Lupę. Czy czyni to świadomie czy nieświadomie, nie zmienia postaci rzeczy; w moim przekonaniu uprawia humbug. Tym państwu dziękujemyPana blog nadal czytam i komentuję, dzięki czemu mam swój blog na przyczepkę. Nie miałbym apetytu, by się temu zajęciu oddawać w samotności. Rozmowa z Panem mnie stymuluje.Dziękuję i pozdrawiamStraszny Staruch
Szanowny Panie, Pański komentarz jest dla mnie tyleż pochlebny, co kłopotliwy. Pana uznanie bowiem stawia mi wymagania, które łatwo nie jest spełnić. Zasłużyć na Pana uwagę i zainteresowanie – jak to mówią w reklamie: bezcenne. Warto jednak pisać, żeby czytać Pana komentarze. W ocenie Passiniego pozwolę sobie polemizować. Spektaklu, o którym Pan pisze, nie nazwałbym grafomańskim. Passini próbował dopiero swój styl, ale w tym przedstawieniu było coś prawdziwego: emocje czy przeczucia. Wrażenie na mnie zrobiła „Turandot”, którą zresztą zarejestrowaliśmy i w marcu tego roku emitowaliśmy. Rzeczywiście, jak to młodzież mówi: odpadłem na „Artaudzie” w Studio i na tym najnowszym spektaklu. Być może się mylę, ale tam, gdzie materiał literacki jest bardziej zborny, tam teatr Passiniego jest lepszy. Jeśli pozwala sobie na swobodny strumień skojarzeń, to efekt na scenie robi się rzeczywiście trudny w odbiorze. Pozdrawiam Pana, Mojego Ulubionego Komentatora
No, skoro „zarejestrowaliście”, to musi być piknie, chociaż wcale nie było! Ale, de gustibus (bo o publicznym groszu milczymy).W każdym razie trzeba zdementować doniesienia o Kantorze. Żadnego Kantora nie było! Reżyser pomylił go z Józefem Szajną! Ale nam nie wypada…
Czy mógłbyś wyjaśnić swoje wątpliwości co do telewizyjnej rejestracji spektaklu „Turandot”? Postać, którą kreuje Marek Oleksy przynajmniej w części spektaklu wyraźnie jest stylizowana na Kantora, więc skojarzenie może być zasadne. Inną sprawą jest sensowność tego zabiegu.