Kopenhaga

Lejb Fogelman jest zapewne znakomitym prawnikiem. Na pewno jest znaną postacią warszawskiej socjety, co dało się widzieć na wczorajszej premierze Kopenhagi Frayna w Teatrze Imka. (Z programu dowiedziałem się, że Fogelman jest absolwentem warszawskiego Liceum im. Konopnickiej, czyli moim starszym kolegą ze szkoły…). Spektakl powstał dzięki Fogelmanowi. Wystawienie Kopenhagi było od dawna jego idea fixe. Ale jakkolwiek mecenas by zachwalał przedstawienie, głosił jego doniosłość, nie zagada prawdy. Jak mawiał Puzyna: „klient nie daje wielkich szans obrony”.

Wbrew pozorom taka sztuka jak Kopenhaga nie jest łatwa do inscenizacji. Nie tylko z powodu treści obciążonej specjalistyczną terminologią z dziedziny fizyki i chemii. Przypomnę, że bohaterami dramatu są dwaj wybitni naukowcy Niels Bohr i Werner Heisenberg, którzy odbywają osnute tajemnicą spotkanie w 1941 roku, mające być może istotne konsekwencje dla prowadzonych w Niemczech i w Ameryce prac nad budową bomby atomowej. Ich rozmowa, którą napisał Frayn, jest fascynująca, bo ma dramaturgię zbudowaną przez odmienne losy i postawy obu uczonych, a w dodatku wykracza poza historyczną ciekawostkę. Fogelman bardzo chce, żebyśmy odbierali dramat wciąż jako ostrzeżenie przed groźbą zagłady w czasach i w świecie, w którym produkcja broni atomowej wymknęła się już spod kontroli.

Niestety obawiam się, że Kopenhaga w Imce nie spełni takiej roli, jakiej oczekiwałby Fogelman. Problem jest zasadniczy: polski teatr, a tym samym nasza publiczność odwykła zupełnie od sztuk, które kiedyś określano mianem: konwersacyjnych. Oto dwójka bohaterów (a właściwie trójka, bo w rozmowie Heisenberga i Bohra uczestniczy także jego żona) dialoguje ze sobą, czasami wygłaszają dłuższe monologi. W słowach, które wypowiadają, emocje są raczej skrywane, czasami tylko na krótko wybuchają. Nie ma też zbyt dużo dowcipu, który czyniłby tekst lekkostrawnym. Trzeba zatem podążać za myślami, za intelektualnym wywodem. Czy znacie w ostatnich latach przykład przedstawienia, które oferując takie „przyjemności” odniosłoby sukces? Nasz teatr owszem potrafi szarpać trzewia, dogrzebywać się traum, schodzić na dno dna duszy człowieczej, ale z mózgiem nie bardzo umie, ani lubi obcować. To, że Frayn tak napisał Kopenhagę i była ona z powodzeniem wystawiana w Anglii wynika również z tradycji tamtejszej dramaturgii i teatru, która na sensownym gadaniu mocno się opiera.My stety czy niestety gramy w innej konkurencji.

Powyższe usprawiedliwienia nie tłumaczą w pełni porażki Kopenhagi w Imce.  Reżyserowi spektaklu Waldemarowi Krzystkowi chyba zabrakło doświadczenia teatralnego. Być może umiałby zrobić sztukę Frayna w Teatrze TV, ale tam mógłby operować zbliżeniem aktorskich twarzy, śledzić mikroreakcje, na scenie miał aktorów całych i nie wiedział za bardzo, co z nimi zrobić. Dla aktorów Kopenhaga również jest ciężkim zmaganiem. O ile Adam Woronowicz jeszcze stara się uruchomić swoją wewnętrzną pasję, by pokazać komplikację postaci Heisenberga, to Jan Frycz w roli Bohra zachowuje pokerową maskę, za którą można odnieść wrażenie, że nic się nie kryje (aktor nie ma coś ostatnio szczęścia do ról teatralnych). Współczuć należy też Aleksandrze Popławskiej, która ratuje się a to papierosem, a to nalewaniem drinka byle tylko jakoś przetrwać na scenie. Rozumiem, że przedstawienie jest produkcją prywatnych sponsorów, powstałą con amore, ale czy pieniędzy nie starczyło już na scenografię? Te smętne, szare zastawki, które ustawił Andrzej Witkowski można śmiało uznać za najgorszą oprawę plastyczną w warszawskich teatrach, a przecież konkurencja w tej dziedzinie jest niemała.

Szkoda więc, że skądinąd poważne zamierzenie stało się bardziej wydarzeniem z kroniki towarzyskiej niż artystycznym. Choć może ta nieudana Kopenhaga i tak w swych intencjach jest wartościowsza niż „sukcesy” w innych teatrach?

1 464 odwiedzin

5 Comments

  1. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Na pewno nie decydują o ocenie spektaklu. Mecenat, sponsoring ma ogromną przyszłość, szczególnie w teatrach komercyjnych i przy dużych przedsięwzięciach.

    Reply

    • Mimo wszystko trzeba docenić fakt, że ktoś inwestuje prywatne pieniądze w spektakl, który nie jest rozrywkowy. Osobną sprawą jest efekt artystyczny przedsięwzięcia – w tym przypadku nie na miarę oczekiwań.

      Reply

      • Absolutnie się zgadzam. Zwłaszcza że sztuka, również teatralna a szczególnie awangardowa, to obszar wysokiego ryzyka. Warto je jednak podejmować. Warto próbować.

        Reply

  2. Mam wrażenie, że było dokładnie odwrotnie. Frycz umie grać powstrzymując emocje i udało mu się stworzyć postać homogeniczną, Woronowicz był nie do zniesienia, szczególnie, że od połowy sztuki słychać było jakiś straszny, chamski akcent. Aktorzy mieli bardzo trudne zadanie, wymagające też gry bez tekstu. Tylko niewielu aktorów obecnie potrafi to robić, Zazwyczaj kończy się na wkładaniu lub wyjmowaniu rąk z kieszeni spodni lub marynarki. Ale, pomimo ciężkiej „rozbiegówki”, całość wciągająca i poruszająca. Szczególnie, że nadal nie wiemy jak było w rzeczywistości.

    Reply

Skomentuj ~Wojtek Anuluj pisanie odpowiedzi

Oznaczone pola są wymagane *.