Bardini

Czytam numer Pamiętnika Teatralnego poświęcony Aleksandrowi Bardiniemu. Bardzo ciekawa Kronika życia i działalności, sporządzona przez Marię Dworakowską, solidne teksty Basi Osterloff i Małgorzaty Komorowskiej o reżyserii teatralnej i operowej Bardiniego. Zeszyt musi na razie zastąpić biografię, na którą, podejrzewam, trzeba będzie jeszcze poczekać. Najpierw powinny się pewnie ukazać jego wspomnienia, które spisał za życia i od publikacji których odstąpił. Dworakowska przytacza wypowiedź Bardiniego, w której tłumaczy się ze swojej decyzji: „Nie chciałem, by wspomnienia spisywane z dnia na dzień, przez wiele lat, do szuflady, a więc nie obciążone chęcią robienia przyjemności innym, zniszczyły tę >pozytywną gębę<, jaką mi zrobiono”. Czy te wspomnienia odkrywałyby rzeczywiście jakąś inną twarz Bardiniego?

W Kronice z całego dorosłego życia Bardiniego najbardziej lakonicznie wzmiankowane są dwa lata: 1942 i 1943. Wiadomo, że wtedy ukrywał się we Lwowie w mieszkaniu przyjaciół. Opowieść na ten temat Dworakowska zacytowała z wywiadu, jaki Bardini udzielił w 1944 roku. Wtedy jeszcze może chciał o tym opowiadać, a potem? W kącie między ścianą a spiżarką zrobiono coś w rodzaju bunkra, w którym się chował, siedząc na czworakach, gdy tylko rozlegał się na schodach odgłos kroków albo dzwonek. W tym czasie Niemcy dokonują likwidacji społeczności żydowskiej we Lwowie (ze 160 tysięcy przeżyło 700 osób). Ginie ojciec i matka Bardiniego, także jego siostra (w Grodnie). Jak ciężkim to musiało być doświadczeniem świadczy fakt, że na wieść o pogromie kieleckim w lipcu 1946 roku wyjeżdża z Polski niemal natychmiast, choć Schiller, jego nauczyciel, oferuje mu w tym samym czasie angaż w teatrze w Łodzi. Gdzie się później skryły te emocje i przeżycia? Czy się odzywały? Czy na czymś zaważyły?

Kronika odnotowuje również ciekawe fakty z życia Bardiniego na kilkuletniej emigracji. Pracuje w żydowskim teatrze w Monachium, a potem trafia do Montrealu, gdzie jest robotnikiem w firmie kuśnierskiej i w fabryce lamp. Tułaczki i jednak rozłąki z krajem nie może wytrzymać. Deklaruje chęć powrotu do Polski, a pomoc okazuje mu Schiller i Zelwerowicz. Wraca w najgorszy czas stalinizmu. Ale dużo pracuje, reżyseruje, gra (nie tylko w teatrze, ale równieżw radiu, któremu jest wierny właściwie do końca życia), zaczyna uczyć w Szkole Teatralnej. Właśnie przedstawienie dyplomowe Balladyny z 1954 roku, w którym tytułowa bohaterka ginęła z powodu zawału serca a nie pioruna, wywołuje spór, który, jak wiadomo, przejdzie do teatralnej legendy (O wolność dla pioruna w teatrze). Bardiniego atakuje Korzeniewski, który dopomina się o wierność romantycznym metaforom. Nie chodziło oczywiście tylko o sens albo bezsens teatralnego chwytu. Gra toczyła się o kształt inscenizacji romantycznych dzieł, przede wszystkim Dziadów, które miały wkrótce wrócić na scenę. I to właśnie Bardini miał wyreżyserować pierwsze przedstawienie Dziadów po wojnie. Kronika nie wskazuje faktów, które przesądziły o wyborze Bardiniego na pierwszego reżysera arcydramatu, a przecież wiadomo, że w tym czasie wybór był decyzją polityczną, a realizację dzieła poddano wyjątkowej presji. Dlaczego właściwie Bardini? Premiera była wielkim wydarzeniem, choć spotkała się też z krytyką, ośmieloną już odwilżową atmosferą. Znowu Bardiniego atakował Korzeniewski. Czy to był tylko konflikt ideowy? Animozja, jak twierdzi Edward Krasiński, zaważyła na tym, że na łamach Pamiętnika Teatralnego Bardini był właściwie nieobecny. Być może inscenizację Dziadów cechowała ostrożność, ale reżyser z pewnością wykazał odwagę w obsadzie głównej roli. Zaangażowanie Stanisława Jasiukiewicza, a w szczególności Ignacego Gogolewskiego (właściwie debiutanta) okazało się trafnym posunięciem, choć wzbudziło kontrowersje. Zresztą nie ostatni raz Bardini pokazał, że ma nosa do młodych aktorów (pamiętne trzy siostry: Janda, Szczepkowska, Ziętek w telewizyjnej inscenizacji sztuki Czechowa – po premierze, jak wykazuje Dworakowska, przyjęte bez entuzjazmu).

Trudno właściwie stwierdzić, co było główną domeną Bardiniego: pedagogika, reżyseria operowa, teatralna, telewizyjna, aktorstwo, lektorstwo? We wszystkich tych dziedzinach zostawił niezatarty ślad. Jest parę ciekawostek i zagadek w jego biografii. Współpraca i znajomość z Kantorem (jeszcze w 1990 roku Kantor zaprasza Bardiniego na spektakl, który ma być grany w Warszawie: „Bardzo chciałbym Cię, Drogi Sasza, zobaczyć”. Czy było wiele osób, do których Kantor tak serdecznie się zwracał?). A dlaczego po wyreżyserowaniu Barbarzyńców w Powszechnym w 1976 roku, których zgodnie uznano za wybitne przedstawienie, Bardini nie zrealizował już niczego w teatrze dramatycznym? Czy przyczyny leżały w tym, o czym mówił wówczas w wywiadzie dla Polityki: „Ja żyłem przekonaniem o służebności teatru w stosunku do autora i swojego czasu. A dzisiaj słabo liczą się przedstawienia, w których reżyser nie przetelegrafuje gawiedzi, że jest mądrzejszy od autora. Coraz trudniej dogadać się w czasach, gdy awangarda stała się zawodem, a pomysł na własne życie uchodzi za pomysł na teatr. A jest to część szerszego procesu, w którym widzimy raczej walkę na opakowania niż towary. Procesu, w którym użytecznym skądinąd futerałom przewróciło się w głowie w stosunku do skrzypiec. Tak to widzę i nie umiałbym zmienić mego stanowiska. Tym bardziej że nie jestem teatralnym narkomanem i uważam, że życie jest mimo wszystko ciekawsze od teatru”.

W tym 76 roku zyskał dodatkowo niezwykłą popularność dzięki programowi w Studio 2 – to był taki ówczesny Idol, choć ludzie, którzy pamiętają spotkania profesora Bardiniego z muzykującą młodzieżą pewnie się śmieją na takie porównanie. Jak wielką rolę odgrywał Bardini w tym programie świadczy choćby slogan zacytowany w Kronice z gazetki zakładowej Huty Batory: „Mistrzu! Bądź Bardinim swojej brygady: ucz i wychowuj!”. Bardini niewątpliwie spełniał się w roli pedagoga, odpowiadał na społeczną potrzebą dobrego, wcale nie łagodnego, ale przecież mądrego nauczyciela – Profesora. Ludzie mu wierzyli, bo taki był, a nie takiego grał.

Pamiętam wieczór jubileuszowy, jaki z okazji 80 urodzin urządzono mu w Teatrze Powszechnym. Mało kto z wielkich naszego teatru mógł cieszyć się tak szczerym szacunkiem. Ale wtedy mówił w wywiadzie dla Gazety Wyborczej: „Lubię dobrych ludzi. Żyję obok teatru. Słucham muzyki. Żyję bardzo samotnie. To nie jest mój program. To jest mój los”.

Myślę, że jednym z zadań, które powinniśmy wykonać, jeżeli tworzymy jeszcze jakąś wspólnotę odpowiedzialną za kształt teatru, jest odczytanie losów artystów z tej niezwykłej powojennej generacji, którą Bardini również współtworzył. W tej dziedzinie jest wiele do zrobienia i wiele książek do napisania. Powtarzam to z uporem niczym Katon swoje: „Kartagina musi zginąć”. Powstały ostatnio świetne albo przynajmniej głośne biografie ważnych dla naszej kultury postaci: Kapuścińskiego, Iwaszkiewicza, Nowosielskiego, teraz Miłosza. Nie ma wśród nich żadnej istotnej pozycji o człowieku teatru. Nasza historia teatru wreszcie musi się zająć historią tych, którzy teatr tworzyli. Nie chodzi o to, by starym mistrzom stawiać pomniki. Idzie raczej o to, by spróbować przemyśleć ich życie i pracę, i zastanowić się, co ważnego zostawili. To naprawdę może mieć znaczenie, choćbyśmy mieli całkowite przekonanie, że żyjemy w innym świecie, z innym teatrem. Pamiętnik Teatralny poświęcony Aleksandrowi Bardiniemu daje solidny wstęp do pracy, którą ktoś może wykona.

2 262 odwiedzin

10 Comments

  1. Dobry numer PT. Masz rację pisząc o potrzebie opisania tego pokolenia – które koniec końców spotkało się przy ulicy Mokotowskiej. Axer, Kreczmar, Tarn, Csato, Kosiński, Bardini, potem jeszcze Swinarski – a gdzieś niedaleko Daszewski, Korzeniewski, Dejmek, w tle Schiller, Horzyca, Wierciński. Miejsca akcji: przedwojenna Warszawa, okupowany Lwów, powojnie… Temat podobny do świetnej ksiązki Marcii Shore „Kawior i popiół” o polskich lewicowych artystach o jedno pokolenie starszych. Pióro na miarę Szczublewskiego potrzebne od zaraz.Zauważyłem też, że obecna redakcja nieco rewiduje wizerunek ojców-założycieli – a może tylko do jednego ojca – Bohdana Korzeniewskiego i jego nieomylności. Choćby zwracając uwagę na relacje PT z Bardinim. A warto pamietać, że ataki na koncepcje inscenizacyjne Bardiniego intelektualnie trafne, można spojrzeć pod innym kątem – wobec faktu, że wcześniej samemu „się objęło” dyrekcję Teatru Narodowego w 1952 roku i „się wyrzuciło” Horzycę. A przecież, jak mówił Korzeniewski w „Sławie i infamii” o tej swojej dyrekcji – „wystarczyło pójść za odruchem, jaki dyktowały moje przyjaźnie, zobowiązania i wychowanie”. Czyli nie obejmować i nie wyrzucać. Albo potem nie być takim Katonem wobec Bardiniego.

    Reply

  2. Panie Absolwencie WOTu, Pan i Pańscy koledzy wybraliście lekki, medialny chleb i wyższą zapłatę. Nie wypada nawoływać innych w stylu „myśmy powinni” napisać poważne prace o postaciach powojennego teatru. Trzeba było samemu się wziąć do uczciwej, ciężkiej i żmudnej roboty. Zwłaszcza kiedy miało się, tak jak Pan, wystarczające po temu zdolności i – jak wynika z tekstu -zainteresowanie. A poza tym Kartagina (WOT) musi zginąć.

    Reply

    • Oczywiście ma Pan rację, gdy idzie o moją skromną osobę – pewnie, że łatwiej krytykować, że coś jest nie zrobione niż to samemu zrobić. Ale mogę się najwyżej usprawiedliwić, że głównym terenem mojej pracy, czy jako krytyka, czy redaktora TVP Kultura, jest jednak teatr dzisiejszy. Zajęcie się na poważnie napisaniem biografii ważnego twórcy wymagałoby wyłączenia się na jakiś czas z pracy, którą wykonuję. A tego zrobić nie mogę, a chyba też nie chcę. Przynajmniej na razie. Pozdrawiam

      Reply

  3. Pisać trzeba, trzeba opisywać, póki jeszcze żyją ci, którzy pamiętają, i ci, których to obchodzi, ale – jak sama się przekonałam – nie zawsze można i nie zawsze należy, nawet jak temat (osoba) kusi.A autor pierwszego wpisu chyba się nieco rozhulał, wrzucając do jednego worka twórców o ogromnym rozrzucie pokoleniowym, światopoglądowym, estetycznym – Dejmek w tym towarzystwie jak Piłat w Credo.

    Reply

    • Domyślam się, że często na przeszkodzie stoją różni strażnicy i strażniczki grobów. Ale może nie zawsze musi dochodzić przy okazji takich prac do konfliktów, jak w przypadku biografii Kapuścińskiego.

      Reply

      • A nie trafił Pan, co innego miałam na myśli. Czasem jest tak, że po prostu nasz potencjalny bohater chyba sobie nie życzyłby, by ktoś grzebał w jego życiorysie. Mam takie głębokie przekonanie po doświadczeniu z Ryszardą Hanin i jej olbrzymim archiwum – całe jej powojenne życie, jej wizerunek, to kreacja. Przekreśliła swoje losy przedwojenne i wojenne, nigdy o nich nie opowiadała publicznie, a to, co opowiadają o niej jej koledzy jest totalnie sprzeczne z obiegowymi opiniami, z obrazem, jaki zachowali widzowie.Musiałabym wystąpić w roli odbrązawiacza, demistyfikatora, pisząc o wielu sprawach, które na prawdę dla historii nie są aż tak ważne i warte niszczenia dobrej pamięci, jaką po sobie zostawiła.

        Reply

        • No tak, to są dylematy, które zawsze się pojawiają w przypadku biografii. I pewnie nie ma na to prostej recepty: co można, czego nie można. Po lekturze książki o Nowosielskim mam wrażenie, że autorce udało się bardzo dużo powiedzieć, nawet o trudnych i przykrych sprawach z jego życia i nie wyczuwało się w tym złych intencji. Więc może, jak to zwykle bywa, jest to kwestia stylu? I pewnie każdy przypadek jest osobny. Ale mając świadomość rozmaitych trudności i ograniczeń warto chyba trudzić się, by pisać te biografie. Teoretyzujemy bowiem o czymś, czego właściwie nie ma.

          Reply

          • „Pisać trzeba”, ale niekoniecznie tak, jak to robi Magda R. w książce o WST, tzn. na zamówienie obecnego nieudolnego dyrektora. Nie widzę żadnych „dylematów”: historyk ma pisać/odtwarzać prawdę, np. dokumenty, a nie dokonywać ocen, być niezależnym i trzymać się faktów – np. w wypadku WST, że to zupelnie inne imprezy (naczej organizowane i selekcjonowane). Pisanie nieprawdy jest niedopuszczalne po ludzku i fałszywe naukowo.

          • Akurat książkę Magdy Raszewskiej o WST uważam za bardzo dobrą. Nie znajduję w niej żadnych dowodów na Twój zarzut, że została napisana pod oczekiwania zamawiającego. Historia WST została pokazana sprawiedliwie, choć autorka nie ukrywa, że pisała ją z pozycji naocznego świadka, z sentymentem. Wyraźnie też zaznacza, że w tej historii nastąpiła zmiana i na czym polega. Odnotowuje również zarzuty, jakie stawiano Nowakowi po wznowieniu festiwalu i można odnieść wrażenie, że je w części przynajmniej podziela. Naprawdę nie ma się czego czepiać.

Skomentuj ~Magda R. Anuluj pisanie odpowiedzi

Oznaczone pola są wymagane *.