Jeszcze w sprawie „Irydiona”

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” ukazała się recenzja Pawła Goźlińskiego z Irydiona. Mniejsza o ocenę samego spektaklu, którą jestem skłonny podzielić. Goźliński formułuje myśl, która ma zapewne brzmieć prowokacyjnie: „Jestem wdzięczny Andrzejowi Sewerynowi za to, że Irydionem w swojej reżyserii dowiódł niezbicie, że polski dramat romantyczny to dziś literatura obca. Czas najwyższy przyjąć to do wiadomości i przestać się łudzić, że z pomocą Irydiona, Nie-Boskiej, Dziadów czy Balladyny coś sobie wzajemnie powiemy do słuchu na temat aktualnej tożsamości narodowej, patriotyzmu, wiary ojców naszych i Kościoła naszego dzisiejszego, polityki polskiej, ekonomii czasów kryzysu itd.”.
Goźliński chce być prowokacyjny niczym Gałkiewicz, który wszyscy wiemy, co miał do powiedzenia na temat Słowackiego. Gałkiewicz miał jednak przewagę nad Goźlińskim. Wbrew pozorom nie był śmieszny. Goźliński jest.
Kontestacja dzieł romantycznych ma długą tradycję, odgrywającą też ważną rolę w przełamywaniu schematów recepcji romantyzmu. Ale chciałem redaktorowi „Gazety Wyborczej” i mojemu młodszemu koledze z Wydziału Wiedzy o Teatrze przypomnieć parę faktów, które nakazywałyby ostrożność z ogłaszaniem końca romantyzmu w teatrze zwłaszcza. Cofnijmy się do roku 1934. Na scenie teatru, którego piękny jubileusz właśnie obchodzimy, Leon Schiller wystawia Dziady. Czy to był czas, który sprzyjał, by zabierać się za dramat Mickiewicza? Polska powoli wychodziła z kryzysu. Rok wcześniej w Niemczech Hitler doszedł do władzy. Parę miesięcy po premierze przedstawienia Schillera umrze Piłsudski. Warszawa bawiła się pewnie tak jak i dziś się bawi, choć większości mieszkańców dokuczała bieda. Co mogło powodować reżyserem, że w tym właśnie momencie sięgnął do Dziadów? I co sprawiło, że ta inscenizacja tak żywo wówczas została odebrana? Nikt nie powątpiewał w jej sens, nawet jeśli spotykała się z krytyką. A przecież carat już nas wtedy nie gnębił, żebyśmy musieli Mickiewiczem się bronić.
A teraz przeskoczmy o prawie 40 lat. W 1973 roku Konrad Swinarski wystawia Dziady w Starym Teatrze w Krakowie. W kraju, który nie jest suwerenny, rządzi Edward Gierek. Jest to jednak czas względnej prosperity po marnym okresie Gomułki. Spory o romantyzm odzywają się w literaturze, również w filmie. Nie brak głosów, żebyśmy dali sobie spokój z tradycją, która wyrządziła więcej szkody niż pożytku i w nowoczesnym świecie jest już po nic. Ale Swinarski jednak czuje inaczej i robi spektakl, który wspominany jest do dziś.
Jaki jest morał z tych wspominek? Ano taki, że nigdy nic nie wiadomo. A w teatrze stare teksty mogą się objawić w sposób niespodziewany. I może nie jest ich winą, że się nie objawiają. Potrzebny jednak jest ktoś ze współczesnych, kto je na nowo odkryje. Kto znajdzie do nich klucz, który pozwoli, abyśmy, jak chce recenzent „Gazety Wyborczej”, z ich pomocą powiedzieli sobie coś do słuchu o nas samych. Na szczęście nie od krytyka nawet opiniotwórczej gazety zależy, czy taki cud się zdarzy, czy nie.
Goźliński w swoich wywodach sugeruje, że dzieła romantyczne trzeba na nowo opracować. „Jeśli chcemy, żeby Dziady, Nie-Boska, Kordian i inne romantyczne teksty wiodły sensowne życie w polskim teatrze, konieczna jest poważna robota dramaturgiczna i równie poważna rozmowa o warsztacie, etyce zawodu, estetyce”. Nie wiem, czy odpowiedzią na ten apel ma być spektakl Balladyny właśnie w przeróbce Marcina Cecki, którą Krzysztof Garbaczewski wystawił w Teatrze Polskim w Poznaniu. Recenzja z tego przedstawienia sąsiaduje jednak obok tekstu o Irydionie Seweryna i należy rozumieć, że zestawienie jest absolutnie świadome. Przy czym recenzja z Balladyny jest entuzjastyczna. „Dawno nie widziałem tak bezczelnego spektaklu” – pisze recenzent, Witold Mrozek. „To najbardziej polityczny i feministyczny zarazem spektakl Garbaczewskiego. Balladyna jest jak spełnienie złych snów o tym strasznym, prostackim i wulgarnym teatrze nowej lewicy. Boicie się go? To dostaniecie w nadmiarze”. Daruję sobie cytaty z opisu spektaklu, które brzmią tak kuriozalnie, że sam bym chętnie go zobaczył. A na pewno powinien zobaczyć Andrzej Seweryn. Bo on się, biedak, męczy z tą klasyką, a tu proszę, są tacy, co wiedzą, jak ją zrobić w teatrze. Również w Polskim. Niech pan ich zaprosi, to przynajmniej będzie miał pan dobre recenzje w „Gazecie Wyborczej”.
Goźliński powiada w swoim tekście, że fałszywa jest alternatywa między „rozrabiaczami”, którzy rozwalają romantyczne dzieła, a „konserwatystami” – obrońcami Słowa. Zwierza się też z marzenia, aby doszło do spotkania Andrzeja Seweryna, Krzysztofa Garbczewskiego, Jana Klaty – „mam wrażenie, że mogliby się od siebie wzajemnie sporo nauczyć. A krytyków, którzy szczują jednych na drugich, należy lać po pyskach”.
Oj, Pawełku, Pawełku, mogę ci tylko zacytować fragment sztuki też z okresu romantyzmu:
A, bierz licho takie znoje!
Ledwie idę, ledwie stoję –
Ależ bo to było żwawo!
Diablem gromił w lewo, w prawo –
Ledwie żyję. – Każ dać wina!
A starego. Wyschła ślina,
Pot strugami ciecze z czoła –
Któż me dzieła pojąć zdoła!

1 589 odwiedzin

4 Comments

  1. Ubawiło mnie wezwanie eteryczego Pawła do lania po pyskach.
    I coś przypomniało. Najbardziej znani (z angielska „notorious”) propagatorzy tzw. siłowych rozwiązań są na ogół postury o której błogosławionej pamięci Stefania Grodzieńska napisała kiedyś „sądząc z budowy – inteligent twórczy”. Tuwim sformułował to dosadniej: „wątłe mięśnie naprężasz, pierś cherlawą wytężasz”.
    Dr Goźliński w imię „pax vobiscum” postanowił zlać kogoś po gębie. No to ja czekam cierpliwie. Wiadomo gdzie można mnie znaleźć. Tylko nie ręczę za skutki znalezienia.
    osobliwie że nikt na nikogo nie napada.
    Wyrób spółki Cecko-Garbaczewski jest zapewne tak obojętny w odbiorze jak galówka z Polskiego. Sprawdzać tego nie będę, szkoda życia.
    Ktoś wyraźnie szuka draki.

    Reply

    • Właśnie dlatego napisałem, że Paweł jest śmieszny. A z tą chęcią do „bijacki” przypomina Papkina. Ale swoją drogą to nie jedyny w ostatnim czasie tekst jakiegoś naszego teatrała, który nawołuje do mordobicia. Widać rączki do pisania coraz słabsze.

      Reply

  2. Już wczoraj mnie kusiło, żeby wtrącić swoje przysłowiowe „trzy grosze”. Nie wiem, jakie jest zdanie Profesjonalistów na ten temat, ale dla mnie najlepszym dowodem, że można literaturę romantyczną wystawić współcześnie jest spektakl „Aktor” w reżyserii Michała Zadary w Teatrze Narodowym. Nie jestem pewna, czy był to spektakl „z przesłaniem”, ale według mnie był bardzo ciekawie zaaranżowany i komunikatywny, a Norwid, jak wiadomo, jest raczej dość trudny w odbiorze. I dodam, że spektakl ten zachwycił osobę, którą cechuje raczej ścisły umysł i do teatru jest nastawiona dość sceptycznie. Więc można współcześnie? Można!

    Reply

    • Bardzo dobry przykład. „Aktor” był do tej pory chyba jeszcze rzadziej grany niż „Irydion”. Zadara znalazł do niego klucz.

      Reply

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.