Milusińscy

Czy urlop może być pokutą? Może. A za co trzeba odpłacić? Ano, za swawolne życie w ciągu całego roku. Nie zna życia, kto nie służył w marynarce – powiedzenie zasadne nad naszym, pięknym morzem należy strawestować: nie zna życia, kto nie służył przy dzieciach. Podobno w Polsce mamy już problem z przyrostem naturalnym, ale pytam się: gdzie jest ten problem? Na pewno nie tam, gdzie spędzam urlop. Tam – w cudownych okolicznościach przyrody – średnia małoletnich na metr kwadratowy przekracza znacznie liczbę dorosłych. I rośnie z roku na rok. I w tym sensie tylko przyrost może być problemem.

Dzieci się rodzą, ale wraz z nimi nieskończenie wiele kłopotów. Ile się o nich nasłuchałem podczas wieczorów, prażąc się w blasku zachodzącego Słońca. Że milusińscy pożerają śmieciowe jedzenie, a w związku z tym tyją albo dostają alergii. Że nic nie czytają, ale za to nie można ich odgonić od komputerów. Że w szkole wywołują afery, a rodzice są wzywani z powodu kolejnych skarg. Że już nie wiadomo, jak z nimi rozmawiać. B. mówi do mnie szeptem: – Czy ty wiesz, że Jasio powiedział do Kasi: idź stąd, ty pizdo…

B. jakby to napisał Bolesław Prus jest: „niepospolicie piękną kobietą”. Właściwie minęła się z czasem i rzeczywistością. Powinna żyć 80 lat temu i siedzieć w fantazyjnym kapeluszu w Ziemiańskiej ze Skamandrytami. Byłaby ich muzą. Pisaliby dla niej wiersze, a Witkacy namalowałby z pewnością jej portret. Jednak minęła się z powołaniem. Martwi się o wszystkie dzieci na letnisku i ich rodziców. Ale cóż ja mogę pomóc? Co najwyżej nalać jeszcze jeden kieliszek Nederburga. Chłopcy w wieku Jasia nie lubią dziewczynek, ale potem im to szczęśliwie mija. Za parę lat w związku z tym mogą wystąpić inne problemy.

Dzieci z naszego milieu noszą tradycyjne imiona. To miły zwyczaj, choć szczerze mówiąc już mi się mylą wszystkie Stasie, Franie, Jasie, Marysie i Zosie. Co ciekawe w moim rodzinnym Turku dzieci na chrzcie dostają imiona w rodzaju: Alan, Nikola, Paula, Inez, Amadeusz (nie zmyślam, naprawdę). W Turku jedynie w rubryce zgonów znajdzie się: Józef, Henryk czy Kazimierz.

Żebym wiedział, co to znaczy mieć stadko maluchów pod opieką, ich miłe matki wysyłają je ze mną do kręgielni. Dostaję całą listę zaleceń, czego dzieci nie powinny robić – picie coca-coli i jedzenie chipsów jest na pierwszym miejscu zakazów. Samochód wypełnia się dzieciarnią, mógłbym wystawić transparent z napisem: wiesołyje rebiata. W miejscowości, gdzie jest kręgielnia mijamy rondo imienia Kazimierza Górskiego ozdobione kamiennymi piłkami.

– Wiecie, kto to był Kazimierz Górski? – odzywa się we mnie belfer. Zapada cisza. – To był trener polskiej reprezentacji w piłce nożnej, który odniósł z nią największe sukcesy. – Trenerem był przed Beenhakerem? – zaciekawił się rezolutny Ignaś. Może to dobrze, że dzieci jeszcze niewiele mogą objąć swoją pamięcią?

Moi podopieczni, nim zaczęli z wysiłkiem pchać kule w kręgielni, zamówili coca-colę i chipsy.

W Trzech siostrach występuje, jak wiadomo, ta okropna żona Andrzeja Prozorowa, Natasza i ich synek Bobik. Gdyby Czechow spędzał te wakacje w naszym milieu niewątpliwie miałby materiał do swoich sztuk i opowiadań. Bobika najwyżej zastąpiłaby Dzidzia. Dzidzia ledwo odrosła od ziemi, ale ma głos tak donośny, władczy i przekonujący, że zakrzyczałaby nawet muezina. Kiedy tym przewiercającym uszy głosikiem oznajmiła wszem i wobec: jestem liściem, jestem liściem – miałem ochotę ryknąć: no, to spadaj! Ale powiedziałem to tylko w duchu i tak, żeby nikt się nie domyślił. Od razu też przed oczami stanęło mi mądre oblicze doktora Korczaka.

Żeby nie było: ja generalnie lubię dzieci. Gdybym miał swoje, z pewnością przyjeżdżałbym z nimi nad morze. Dzieci przecież muszą nawdychać się jodu, żeby zimą nie chorowały ciągle na przeziębienia. I niewątpliwie miałbym wspólny temat z urlopowiczami.

*

W tym wpisie jak zwykle trochę pozmyślałem, ale nie za wiele. A letnisko jest prawdziwe.

  

 

 

1 209 odwiedzin

One Comment

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.