Czy Szekspir był prawicowcem czy lewicowcem?

To jest prawdziwa sztuka marketingu z książki słabej, pełnej błędów uczynić przedmiot dyskusji, która ożywia sezon ogórkowy. Czytam na portalu „Krytyki Politycznej” tekst Witolda Mrozka, który komentuje polemiki krytyków z osławioną „Wątrobą”. Osoby odpowiedzialne za „słownik” (jak Nowak i Pawłowski) czy życzliwe tej publikacji (jak Mrozek) dość sprytnie próbują narzucić „dyskurs”, który ma zatuszować jej słabości i przerzucić spór na nowe pole. „Dla mnie – pisze Mrozek – Słownik polskiego teatru po 1997 roku nie jest szarżą młodych twórców, z irokezami czy w bojówkach, na redutę odzianych w szare marynarki i obwieszonych ryngrafami konfederatów barskich polskiej krytyki teatralnej. (…) konflikt tenjak zauważa we wspomnianym wstępie Nowaknie może już dalej organizować polskiego myślenia o teatrze. Powinien przestać zarządzać również polskim o teatrze pisaniem. Co zamiast wojny pokoleń? Aktualny pozostaje postulat Macieja Nowaka z opublikowanego niedawno w portalu Krytyki Politycznej felietonu przestać ukrywać, że tak naprawdę chodzi o politykę, o światopoglądmanifestujący się nie tylko w krytyce, ale i w praktyce artystycznej. Dyskurs krytycznoteatralny potrzebuje nie tyle depolityzacji, co polityzacji na noworozbicia starych wyobrażonych „obozów” i podjęcia nowych tematów”.

Nowak rzeczywiście w polemice z Jackiem Wakarem domagał się, by odkryć w polskiej krytyce i teatrze spór prawicy z lewicą. Powiem szczerze, że żądanie to jest jeszcze bardziej absurdalne niż konflikt pod hasłem „młody jebie starego” sprzed paru już lat. To, że postulatowi sprzyja publicysta „Krytyki Politycznej” mnie nie dziwi – ma do tego prawo; smuci natomiast to, że nowe hasło wojenne ogłasza szef Instytutu Teatralnego. Nowak zresztą w sposób ostentacyjny opowiada się po jednej ze stron sporu, który sam programuje. Jeśli robiłby to tylko jako felietonista „Krytyki Politycznej” – proszę bardzo, nie mam pretensji. Ale jest przede wszystkim dyrektorem instytucji, która ma służyć całemu środowisku teatralnemu. Swoimi kuriozalnymi wypowiedziami w ostatnim czasie sprzeniewierza się, moim zdaniem, misji, którą mu powierzono.

Nie ma i nie będzie w polskim teatrze żadnego konfliktu prawicy z lewicą, bo to nie są kategorie, którymi rządzi się sztuka. O randze artysty decyduje jego indywidualność, talent, to, co ma do powiedzenia i w jakiej formie. Oczywiście, że twórca może mieć polityczne pasje i kierując się nimi w swojej sztuce osiągać wielkie rezultaty. Choć prawdę mówiąc o sile efektu decyduje nie tyle temat czy treść politycznej sztuki, co jej forma. Dlaczego lewicowa dramaturgia Brechta przetrwała próbę czasu, a podejmująca podobne problemy dramaturgia socrealistyczna –  nie? Jest jeszcze inna kwestia, która nakazuje stanowczo sprzeciwić się uzurpacjom Nowaka. „Polityzacja” nie wypełnia całego obszaru, którym powinien interesować się współczesny teatr i którym chce się interesować publiczność. Gdzie w tym rzekomym sporze prawicy z lewicą miejsce np. na metafizykę? Czy ten temat jako podejrzanie religijny ma przynależeć tylko do prawicy? Nie lekceważę naprawdę problematyki wykluczenia społecznego i nie odrzucam z góry teatru, którym tymi kwestiami się zajmuje. Ale człowiek nie jest tylko istotą społeczną. Dręczą go różne osobiste pytania, na które żadna przynależność grupowa (także wyznaniowa) nie daje odpowiedzi. Czy Szekspir wkładając w usta Hamleta pytanie „Być albo nie być?” był prawicowcem czy lewicowcem?

Wracając jeszcze do postulatu „polityzacji” dyskusji o teatrze. Jasne jest, że krytycy, artyści, jak również widzowie mają swoje przekonania czy sympatie polityczne. Na kogoś głosują albo nie głosują w ogóle. Mogą nawet angażować się w kampanie wyborcze. Dziwi mnie jednak decyzja ludzi sztuki, piastujących stanowiska w publicznych instytucjach kultury, o jawnym poparciu takiej lub innej opcji, partii czy kandydata na prezydenta. Przecież instytucje, którymi kierują, służą odbiorcom o różnych poglądach. Szacunek dla nich nakazywałby zachowanie się z większą dyskrecją. Dlatego też irytują mnie deklaracje Nowaka jako dyrektora Instytutu Teatralnego. Irytowałyby mnie zresztą w przypadku każdego dyrektora, który manifestowałby własne przekonania polityczne – obojętnie lewicowe czy prawicowe – i czyniłby z nich wręcz program działania. Może hasłem Instytutu Teatralnego powinny być słowa ze sztandarów EuroPride: „Wolność, równość, tolerancja” – ale dla wszystkich?

 

 

976 odwiedzin

One Comment

  1. Podział na prawicę i lewicę w sztuce ma charakter umowny. Jest konwencją przyjętą na potrzeby debaty. Szeroko rozumiany „teatr współczesny”, a nie „teatr dnia dzisiejszego”, jest mówiąc w uproszczeniu teatrem politycznym od XIX w. Cały w zasadzie dramat polski od 1800 r. (a i wcześniej vide np. działalność Wojciecha Bogusławskiego etc.) jest dramatem politycznym (i religijnym). Czy dramaturgia Brechta przetrwała próbę czasu? Ja uważam, że oczywiście nie przetrwała, podobnie jak przywołane tu produkcyjniaki. Brecht obdarzył przewrotne brednie ideologicznie swoich utworów zręczną formą. Przewrotny i paradoksalny talencik. Podobnie możemy oceniać utwór Bruna Jasińskiego „Słowo o Jakubie Szeli”, który (adaptowany na scenę teatralną) będąc utworem o sprawiedliwości jest w istocie głęboko niesprawiedliwą i antypolską brednią. Na marginesie Uważam, ze działalność Pana Nowaka od dawna jest dziwolągiem politycznym. Uważam, że tekst powyższy jest kolejną zmanipulowaną przez autora myślową fałszywką o charakterze krytycznym.

    Reply

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.