W liście otwartym Andrzeja Seweryna, w którym powiadamia opinię publiczną o problemach związanych z rozpoczęciem misji prowadzenia Teatru Polskiego, najbardziej zdumiewa mnie fakt, że Urząd Marszałkowski nie podpisał do tej pory z artystą umowy, choć jego kandydatura na dyrektora zatwierdzona został we wrześniu ubiegłego roku. Czyli sytuacja jest groteskowa. Seweryn przygotował szczegółowe plany artystyczne na sezon 2010/2011, angażując do nich również twórców zagranicznych, oficjalnie je ogłosił i zaczął wdrażać, gdy okazało się, że na realizację nie ma pieniędzy. Ale wszystko to robił na słowo honoru marszałka Struzika. Nie wiem, jak załatwia się takie sprawy we Francji, ale u nas raczej wszyscy są przyzwyczajeni, że jak się zapytać polityka o godzinę, to lepiej później sprawdzić czas jeszcze u kogoś innego. Paradoks sytuacji Seweryna jest tym większy, że właściwie nie może złożyć nawet dymisji, bo przecież formalnie nie pełni stanowiska. Stąd w liście ogłasza „zawieszenie” misji. Urząd Marszałkowski proponując dyrekcję Polskiego Sewerynowi chciał się popisać przed Warszawą i światem, jakim to jest światłym mecenasem kultury. A teraz chowa głowę w piasek. Chociaż już można przewidzieć, co napiszą urzędnicy w odpowiedzi na skargę Seweryna: że trudności obiektywne, bo powódź, bo „janosikowe”, bo kryzys, zwalą trochę na poprzednią dyrekcję Polskiego, ale oczywiście zapewnią o poparciu i że wszystko będzie dobrze. Całe szczęście, że Jarek Kilian zostawił w spadku „Pinokia”, bo będzie jesienią ratował kasę Polskiego.