Jeszcze o Mundialu

I czyż futbol nie jest piękną grą? Czyż nie jest cudownie nieprzewidywalny – jak życie samo? Można snuć teorie, wyciągać wnioski z przeszłych dziejów, wskazywać tzw. murowanych faworytów – a tu figa! Nic nie jest tak jak się państwu zdaje – że strawestuję tytuł sztuki Pirandella, którego ojczyzna już nie ma swojej reprezentacji na Mundialu.

Mnie się zdawało, że w finale zagra Brazylia z Argentyną i wygra Brazylia. Nawet postawiłem na to 10 złotych. I już jestem spokojny, już się nie emocjonuję, czy tak się stanie, czy nie? Przegrałem z kretesem. I teraz oszołomiony klęską nie jestem w stanie niczego powiedzieć, co się zdarzy dalej. Nie mam najmniejszego przeczucia, intuicja śpi głęboko, mogę tylko powołać się na mądrość Kazimierza Górskiego, który zapytany o prognozę wyniku zwykł odpowiadać: „Mecz można wygrać, przegrać albo zremisować”. A na pytanie: co trzeba zrobić, żeby wygrać? Odpowiadał po prostu: „Trzeba strzelić jedną bramkę więcej niż przeciwnik”. Ale kto na tym Mundialu ostatecznie strzeli o tę jedną bramkę więcej? – zabijcie mnie, ale nie wiem. To może być naprawdę każdy z półfinałowej czwórki.

Naliczyłem, że Mundial w RPA jest dziesiątym, który oglądam, począwszy od legendarnych mistrzostw w RFN w 1974 roku – „od których wszystko się zaczęło”. Pamiętam wiele emocjonujących meczów, ale takich ćwierćfinałów jak w tym roku z trudem sobie przypominam. Każde ze spotkań to jakaś historia niezwykła, obrazująca odmiany fortuny, która nie wiadomo jakim kołem się toczy. Jakiegoż pecha miała Ghana w meczu z Urugwajem. Dwa razy byli o krok od szczęścia największego. Mogli być pierwszą drużyną afrykańską, która zdobędzie medal na Mundialu. A jednak się nie udało. Ale czemu się nie udało?

Dlaczego nie udało się Argentynie? To akurat chyba wiem. Mieli świetnych piłkarzy, słabą drużynę i dupę trenera. A kto przewidywał po pierwszej połowie, że Holendrzy pokonają jednak Brazylię? No, może Zagańczyk, bo on nieustannie wierzy w Holendrów. Ja byłem sceptyczny, ale znów zwiodły mnie wspomnienia z przeszłości. Boć przecież – jak mawiał prof. Zinn – pamiętam, jak w Holandii grali Cruyff, Neeskens, Krol, Haan, Rensenbrink, Rep, grali tzw. futbol totalny i nawet wtedy w pięknym roku 74 nie zdobyli mistrzostwa. Dzisiaj prawdę mówiąc ledwo tych Holendrzyków rozpoznaję. W dodatku nie ma wśród nich ciemnoskórych jak jeszcze niedawno. Ale determinacja, z jaką rzucili się na Brazylię w drugiej połowie, była pięknym dowodem na słuszność powiedzenia imć Zagłoby: „Nie masz takowych terminów, z których by się viribus unitis przy boskich auxiliach  podnieść nie można”.

A ta historia z karnymi w meczu Hiszpania – Paragwaj? Przecież w nich było słychać śmiech Pana Boga: a może dam wam strzelić, albo nie – nie dam. A ta jedna bramka, która zadecydowała o zwycięstwie Hiszpanii? Piłka odbiła się od dwóch słupków i dopiero wpadła do siatki. A mogła nie wpaść. Ile jest narzekania, że sędziowie popełniają błędy, nie uznają prawidłowych goli, widzą faule, gdy ich nie ma, i nie widzą, gdy są. I receptą na to ma być telewizja, która wszystko rejestruje w zbliżeniach i dzięki niej można pomyłki zrewidować. Ile jednak w piłce zależy od przypadku, od najbardziej nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, jakiegoś zrządzenia losu – to wszystko też chcecie prostować kamerami?

W reklamach, które nadawane są w przerwach meczów, występują głównie dwaj piłkarze: Messi i Ronaldo. Podobno dwaj najlepsi futboliści świata. Jest taki dowcip: „Ronaldo mówi: jestem Bogiem. A Pan Bóg mówi: jestem Messim”. I Pan Bóg znowu sobie zażartował. Nie dał pograć ani jednemu, ani drugiemu. Obaj obejrzą sobie tego, kto zdobędzie tytuł mistrza świata w telewizji. Ze swoimi reklamami.

 

724 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.