W ubiegłym roku ukazała się u nas książka Vladimira Nabokova poświęcona Gogolowi. Nabokov napisał ją w 1943 roku na zamówienie swojego amerykańskiego wydawcy. Trudno powiedzieć, żeby to była regularna biografia albo monografia twórczości autora Martwych dusz. „Jest to dzieło, jakie mógł napisać jeden artysta o drugim artyście” – stwierdził jeden z recenzentów przywołany przez Leszka Engelkinga – polskiego tłumacza Nabokova. Po prostu jest to książka Nabokova o Gogolu.
Co ciekawe: Nabokov przedstawia swoje analizy Rewizora, Martwych dusz i Szynela, ale chyba ani razu nie wspomina o Ożenku! Dopiero w kronice życia i twórczości Gogola, którą Nabokov dołączył na koniec eseju (zresztą na usilne życzenie niezbyt zadowolonego wydawcy), pojawia się wzmianka o popularnej sztuce. Powiada o niej, że jest „dość niedbałą komedią o rozterkach człowieka, który postanowił się ożenić, zamówił frak, ma narzeczoną, ale w ostatniej chwili ucieka przed małżeństwem przez okno. Żaden z bohaterów Gogola nie osiągnął zbyt wiele z kobietami”. I to wszystko.
Nie wiem, dlaczego Nabokov zlekceważył Ożenek. Czy nie odkrył w tej sztuce tego, co wydało mu się najważniejsze w twórczości Gogola – owego czwartego wymiaru, otwierającego głębię ludzkiej egzystencji? „Proza Puszkina jest trójwymiarowa, proza Gogola ma aż cztery wymiary, przynajmniej tyle, można go porównać do współczesnego mu matematyka Łobaczewskiego [twórcy tzw. geometrii nieeuklidesowej – przyp. mój].” Nabokov nie czytał Gogola, jak to się utarło, jako krytyka stosunków społecznych, moralisty czy satyryka. Omówienie Szynela kończył taką uwagą: „Na tym wyjątkowo wysokim poziomie artyzmu literatury nie interesuje oczywiście współczucie dla skrzywdzonych i poniżonych czy przeklinanie uprzywilejowanych. Odwołuje się ona do tajemniczej głębi duszy ludzkiej, gdzie cienie innych światów przesuwają się jak cienie bezimiennych bezszelestnych statków”. Niewątpliwie Nabokov stworzył obraz Gogola na swoje podobieństwo. Widział w nim również wyrafinowanego estetę, który otwiera się na metafizykę.
Nie wiem, czy Iwan Wyrypajew czytał książkę Nabokova. Ale reżyserowi z pewnością przyświecała chęć odkrycia w Gogolu czegoś nieoczywistego. W wywiadach przed premierą Ożenku w Studio wspominał również o mistyce Gogola. Ale co w jego spektaklu miało sprawić, że dreszcz tajemnicy poczuje widz? Pięknie brzmiące prawosławne pieśni, które kontrapunktują komiczne perypetie bohaterów sztuki? Perypetie te zresztą nie są odegrane w zabawnie-rodzajowej konwencji, jaką pamiętamy np. ze słynnej telewizyjnej inscenizacji Ożenku czy z różnych innych poczciwych wystawień tej sztuki. Wyrypajew narzucił aktorom charakterystyczną dla swojego teatru formę, której sztuczność uczyniła z bohaterów Gogola postaci rodem z komedii dell’arte. Teatr to nie jest jednak kartka papieru, na której można snuć najbardziej oryginalne pomysły interpretacyjne. Na scenie teoria zderza się z praktyką aktorskich umiejętności. One decydują o wszystkim. Konwencja grania Ożenku, którą zaproponował Wyrypajew, wymaga od wykonawców znakomitej techniki, pozwalającej im w sposób swobodny, a jednocześnie zdyscyplinowany operować ostro przerysowanymi gestami, ruchem, mimiką. Niestety ta jazda jest brawurowa tylko w wykonaniu niektórych. Gruszka jako Agafia, Łukasz Lewandowski jako Koczkariow, Monika Pikuła jako Fiokła – oni są najlepsi w całym ansamblu. Słabi są absztyfikańci Agafii – aż przykro, bo zwykle w Ożenku sceny z nimi należą do najśmieszniejszych (pech sprawił, że Mirosław Zbrojewicz doznał kontuzji nogi i poruszał się na wózku, co dodało wariactwu na scenie niezamierzonego absurdu). Podkolesin Marcina Bosaka wydaje się już tak bardzo sztuczny, że trudno dostrzec w jego chęci do żeniaczki i strachu przed nią jakieś głębsze znaczenie.
Bo to jest chyba problem szalenie wykombinowanej inscenizacji Wyrypajewa – by użyć słynnej Gogolowskiej frazy: z czego się właściwie śmiejemy na tym przedstawieniu? A ściślej mówiąc: co w tym śmiechu mamy rozpoznać, jaką prawdę? O daremności ludzkiego losu? O niemożności zmiany?
A może to są źle, banalnie postawione pytania. Nabokov pisał: „Gogol był dziwnym stworzeniem, ale geniusz jest dziwny; to tylko wasz zdrowy drugorzędny pisarzyna wydaje się wdzięcznemu czytelnikowi starym mądrym przyjacielem, miło rozwijającym jego własne wyobrażenia o życiu. Wielka literatura dotyka krawędzi tego, co irracjonalne”.
Moim zdaniem, dotykasz sedna: z czego w tym „Ożenku” się śmiejemy? Chyba tylko z tego, że naprawdę jest śmiesznie. Ale dokąd to zmierza? Czy to ma być jednorazowe wypróbowanie własnej formuły do tekstu nie swojego? To ma swoje granice? Bo za chwilę w ten sam sposób „Rewizora?, może potem „Hamleta”, a na koniec „Końcówkę”? Przepraszam, ale nazwisko Wyrypajew jest już każdemu zdane, ale to nie powód, by przez jego pryzmat wszystko, co autor zrobi, traktować do końca poważnie. Poza tym ta formuła, „wypracowana” – tak, ale przecież widza to nic nie obchodzi (mnie na pewno nie), bo liczy się efekt. PS. Zmarnowana szansa dla chóru; pomysł z ratowaniem postaci metafizyką, której oni nie pojmują, ale ona wisi „w niebie”, znakomity, ale niezauważalny w tej formule, wycofany.
Zgoda. Lubię Wyrypajewa, ale w tym przypadku chyba przekombinował. Choć pewnie wolę ten „Ożenek” w jego formule niż rozmaite przedstawienia naszych reżyserów, w których klasyka jest „przepisywana”.
Mój wierny Sherlock znowu swoją dedukcyją trafił w dziesiątkę. Nie zabrało mu to wiele czasu. Gdy usłyszał ode mnie, że ten „Ożenek” ma mieć metafizyczne dno, włos stanął mu dęba i wrzasnął: To dno! Jak pójdziesz, to nie mów, że nie ostrzegałem! Już spokojnie: A ten Nabokov, poznaj mnie z nim, chciałbym z nim wypić szklaneczkę whisky.
Drogi Watsonie, nie mogę niestety pośredniczyć w zapoznaniu Sherlocka z Mr Nabokovem, ponieważ nie wiem, gdzie aktualnie przebywa. Znając jego upodobania może biegać gdzieś za motylami albo układać zadania szachowe. Jeśli się na niego natknę, nie omieszkam dać Panu znać. Ściskam dłoń