Zajęcia z nim odbywały się we czwartki o godz. 15.00. Nosiły nazwę: Wprowadzenie do historii teatru i zaczynały się na III roku. Dla mojej grupy to było w roku akademickim 1988/89. Ciekawy czas, na naszych oczach historia się działa. Na te zajęcia o 15-tej biegliśmy na Miodową z pałacyku ASP, gdzie od rana mieliśmy Studium Wojskowe. Byliśmy chyba ostatnim rocznikiem, który musiał je zaliczyć ze wszystkimi rygorami (kiedyś może to opiszę, bo wspominanie Studium Wojskowego zawsze jest anegdotyczne). Tak więc czwartki były wyjątkowymi dniami w programie naszych zajęć.
Z Profesorem spotykaliśmy się w sali muzycznej. Trochę inaczej wyglądała niż teraz. Przede wszystkim układ siedzeń był odwrotny. Biurko wykładowcy stało z lewej strony, my siedzieliśmy z prawej. Za oknami był ten sam widok na tył kościoła garnizonowego. Obraz Profesora we wspomnieniach kolejnych roczników chyba pozostaje niezmienny. Spokojna elegancja, zawsze marynarka (raczej w ciemnej tonacji), biała koszula, krawat, teczka. Okulary, siwizna na skroniach, przystrzyżony wąs, który ukrywał lekki uśmiech. Spokój był w całej jego sylwetce. Cichy głos, skupienie, gdy słuchał, czasami błysk w oku, gdy usłyszał coś, co go szczególnie zainteresowało. Pamiętam doskonale stały rytuał początku zajęć, gdy Profesor siadał, zdejmował zegarek, kładł go na biurku, z zawiązywanej tasiemką niewielkiej teczki wyjmował kartki, na których ręcznym pismem zanotowany miał temat. Nie sprawdzał listy obecności. Bez zbędnych wstępów przechodziliśmy do rzeczy.
Nie mówiliśmy o nim inaczej jak Profesor. Innych wykładowców nazywaliśmy czasami pseudonimami, przekręcaliśmy nazwiska, czasami mówiliśmy po imieniu. Oficjalnie do wszystkich zwracaliśmy się panie/pani profesor (bez względu na rzeczywiste tytuły naukowe), bo taki był i jest obyczaj Szkoły Teatralnej. Mieliśmy świetnych wykładowców, ale Profesorem był tylko on. Oczywiście niektóre osoby na moim roku drażnił ten rodzaj estymy, prowokował do przekory. Oni siadali zwykle w ostatnich ławkach i podśmiewali się nie z niego, ale z nas, którzy na zajęciach u Profesora zajmowaliśmy miejsca najbliżej.
Te zajęcia nie były wykładem. Może to dziwne, ale autor Krótkiej historii teatru polskiego i biografii Wojciecha Bogusławskiego nie prowadził na Wydziale Wiedzy o Teatrze swojego wykładu. Na trzecim roku już częściowo przerobiliśmy kurs historii teatru z innymi wykładowcami, a z nim mieliśmy mieć do niej: „wprowadzenie”. Przy czym to Profesor nas słuchał, a potem komentował nasze wypowiedzi. Nie pamiętam już dokładnie tematów referatów, które każdy student musiał przygotować. Oczywiście dotyczyły historii teatru polskiego, ale z różnych okresów. Były trudne i dość szczegółowe, z pewnością wymagały tzw. kwerendy. (Tu wtrącę uwagę, która jest niezbyt dowcipna, na pewno banalna, ale może konieczna: pisaliśmy te referaty w czasach przedinternetowych, więc kwerenda nie odbywała się poprzez Google. Trzeba było posiedzieć w bibliotekach i archiwach.) Mój temat, o ile dobrze pamiętam brzmiał: Warszawa i Wilno w inscenizacji „Dziadów”Leona Schillera. Nie wydał mi się specjalnie pasjonujący, ale wykonałem go dość starannie. Nawet może praca nad nim obudziła pewnego rodzaju detektywistyczną ciekawość: musiałem np. sprawdzić, czy słynne trzy krzyże ze scenografii Pronaszki rzeczywiście odwzorowywały te z Góry Trzykrzyskiej. Pisząc ten referat chyba nabrałem przeczucia, o co może chodzić w historii teatru, której uczył Profesor. Że składają się na nią szczegóły, z których każdy może okazać się istotny. Te szczegóły budują wiedzę. A wiedza pozwala zrozumieć szersze zjawiska. Nie przypadkiem to Profesor nadał nazwę naszemu wydziałowi: Wiedza o Teatrze, a nie: teatrologia. To nie była tylko kwestia nazewnicza. W niej krył się sens.
Nie wiem, czy swoim referatem zrobiłem jakiekolwiek wrażenie na Profesorze. W swoich komentarzach był taktowny, prostował głupstwa tak, że delikwent nie miał poczucia własnej ignorancji. Z tym swoim spokojem, czasem z lekką ironią wyprowadzał referenta, by tak rzec, na światło. Myślę, że Profesor bezbłędnie wyczuwał zdolności i orientował się kto do czego się nadaje. Nikogo na siłę nie chciał uczynić historykiem teatru, ale potrafił delikatnie skierować ku swojej dziedzinie, jeśli tylko student wykazał nieco więcej zainteresowania. W niektórych osobach na pewno pokładał spore nadzieje. Ja nie marzyłem, aby być historykiem teatru, ale chciałem pisać u Profesora pracę magisterską.
Seminarium magisterskie odbywało się w następnym roku. To już była całkiem nowa rzeczywistość wokół. Kiedyś rozmawialiśmy z Profesorem o tym, co się dzieje, a on przywołał cytat z Wesela: „W całej naturze przemiana”. Choć jednocześnie nie był chyba entuzjastą politycznej umowy między Solidarnością a generałem Jaruzelskim, którego, jak można przeczytać w zapiskach Raptularza, szczerze nie cierpiał. Obrady Okrągłego Stołu i wybory 4 czerwca nie wywołały w Profesorze takiego podniecenia, jak w nas. Wydaje mi się, że Marek Zagańczyk wspominał, że Profesor kiedyś mu powiedział: „Wie pan, mnie to wszystko brzydzi”. Pamiętam jednak, że przyszedł na specjalne spotkanie, na które zaprosiliśmy go podczas strajku w maju 89 roku. Siedzieliśmy wtedy w Szkole przez 24 godziny, a chodziło o protest przeciwko odmowie rejestracji NZS-u. O ile pamiętam opowiadał wtedy o teoriach historiozoficznych Arnolda Toynbee’ego, które były mu chyba bliskie również z powodu ich religijnego wymiaru.
Profesorowi zgłosiłem, że chcę pisać pracę o Konstantym Puzynie, który tamtego przełomowego lata 1989 roku zmarł. Szczerze mówiąc obawiałem się, że nie przyjmie tego tematu, ponieważ był zbyt świeży. A jednak zgodził się bez wahania i od razu nadał mu formę szkicu biograficznego. Pisałem zatem pracę o najwybitniejszym polskim krytyku teatralnym u najwybitniejszego historyka teatru. Profesor darzył Puzynę autentycznym szacunkiem, choć pod wieloma względami bardzo się różnili. I nie tylko tym, że jeden zajmował się przeszłością teatru, a drugi był żywo zaangażowany w jego kształt współczesny. Różnice dotyczyły kwestii światopoglądowych. Uświadomiłem to sobie później wyraźnie, gdy w jego Raptularzu z roku 68 przeczytałem zapis rozmowy, jaką odbył z Puzyną po spektaklu Dziadów Dejmka. Parę razy już ją przy różnych okazjach przywoływałem, ale jej sens wydaje mi się zasadniczy i wciąż istotny. Profesor oczywiście opisuje okoliczności towarzyszące: spotyka Puzynę w barze hotelu Europejski. „Jak ci się podobały Dziady?” – pyta. Puzyna odpowiada, że mu się podobały i „ze zwykłą u niego precyzją i plastyką zaczyna analizować przedstawienie”. Profesor przytacza argumenty krytyka, a potem: „za zgodą Keta zamawiam dwa duże piwa, pociągam z mojej szklanki i mówię z namysłem:
– Wiesz, zgadzam się z tobą, że to jest wybitne przedstawienie. Ale mało w nim czystego piękna.
Ket milknie z wrażenia. Wiara w istnienie czystego piękna jest wśród dzisiejszej inteligencji polskiej uważana za bardzo infantylny przesąd, niegodny człowieka z naszej sfery. Samo słowo stało się wstydliwe. Można dzisiaj w Warszawie powiedzieć: >piękny samochód< albo >piękna kobieta<, ale nie można powiedzieć >piękno w sztuce< bez narażenia się na śmieszność. Ket, którego samodzielność intelektualną znam i cenię, dzieli w tej sprawie nastawienie ogółu, toteż patrzy w tej chwili na mnie z niesłychanym zakłopotaniem.
– Co to jest? – pyta wreszcie, odzyskując mowę.
Nie wiem, co to jest. Wiem tylko, po czym się to poznaje: budzi zachwyt. I na tym też pewno polega przeżycie estetyczne”.
I dalej następuje opis dyskusji, w której Puzyna twierdzi, że dla niego najważniejsze w sztuce jest „przeżycie prawdy” – może mu towarzyszyć przeżycie estetyczne, które jednak ma przede wszystkim właściwości poznawcze. A Profesor odpowiada: „Nie mogę się z tobą zgodzić, żeby w sztuce wyżej należało stawiać walory poznawcze od artyzmu, bo to jest stawianiem sprawy na głowie. Sztuka jest po to, żeby wywoływać piękno – w sposób godziwy, proszę bardzo – ale piękno, wartość zarazem ulotną i niezmiernie cenną. Zważ, że nie potrafiłbym powiedzieć, dlaczego zetknięcie z pięknem wydaje mi się takie cenne. Zdaje mi się po prostu, że ma to na naszą psychikę dobroczynny wpływ”.
I tak rozmawiali wybitny krytyk z wybitnym historykiem 12 lutego 1968 roku. A pretekstem do dyskusji stało się przedstawienie Dziadów w Teatrze Narodowym, które przeszło nie tylko do legendy teatralnej, ale przede wszystkim do historii politycznej kraju. Paradoks polegał również na tym, że Profesor był bardzo długo wielkim admiratorem twórczości i osoby Kazimierza Dejmka (relacje między nim to skądinąd ciekawy temat na osobną rozprawę), a Puzyna chyba nigdy o przedstawieniach Dejmka nie pisał.
Profesor, kiedy zajmowałem się Puzyną pod jego okiem, nie formułował żadnych szczególnych uwag. Pamiętam, że dosyć ciekawiła go sprawa książęcego pochodzenia Puzyny, a przede wszystkim jego studia u Kazimierza Wyki na krakowskiej polonistyce. Zgłosił jedną wątpliwość, gdy zacytowałem fragment listu Swinarskiego do żony z lat 50., w którym opisuje spotkanie z Puzyną gdzieś w ruinach Starego Miasta i widzi w ręku krytyka butelkę wódki. Wydawało mi się, że to będzie taki tzw. smaczny drobiazg w portrecie mojego bohatera. A Profesor wtedy powiedział: „Proszę pana, Ket nie był pijakiem”.
W Raptularzu z 1991 roku pod datą 10 kwietnia Profesor odnotował mój egzamin magisterski. „Wojtek napisał pracę o Puzynie”. Recenzentem pracy był Jerzy Koenig. Pracę oceniono bardzo dobrze, ale egzamin poszedł mi słabo, na co delikatnie zwrócił uwagę ówczesny dziekan Andrzej Makowiecki. Wzruszająca jest notatka mniej więcej o rok późniejsza, w której Profesor opisał egzamin Tomka Mościckiego i zakończył ją zdaniem: „Na korytarzu kilka osób z roku Tomka, między innymi Natalia Adaszyńska, Wojtek Majcherek. Myślę, że wszyscy oni zachowali dobre wspomnienie o tej Szkole i naszym Wydziale”.
To było 6 lutego 1992 roku. 7 sierpnia tamtego roku Profesor Raszewski zmarł.
Zawsze ta nazwa („Wiedza o Teatrze”) wydawała mi się sensu pozbawiona. Jak można wiedzieć o czymś, czego NIE MA? Te profesorskie „szczegóły” składają się na naukę właśnie, czyli proces, a nie jakąś pewność zawartą w słowie wiem… I nawet domysł, że „szukam” tego nadużycia nie usprawiedliwia. I przytoczona dyskusja w sprawie definicji sztuki tylko to potwierdza. Dixi.
Ale z nauką mogą się łączyć nadużycia w postaci doktrynerstwa, hołdowania jakiejś ideologii albo teorii i tego chyba obawiał się prof. Raszewski. Mnie się akurat nazwa naszego wydziału bardzo podoba, bo wbrew pozorom jest skromniejsza i prostsza.
Jaką wiedzę o medycynie może mieć ktoś, kto zaczął studia od specjalizacji, nie znając budowy człowieka, funkcji ciała i chorób? Taką „wiedzę o teatrze” mają osoby bez studiów wyższych przyjęte na WOT. Chyba, że potem same się dokształcają, co nieczęsto się zdarza.Co do nadużyć naukowych, mój Mistrz mawiał, że rację w humanistyce ma ten, kto posiada więcej argumentów. Gdyż humanistyka nie jest podatna na badania narzędziami naukowymi, jak np. nauki przyrodnicze. Stąd wysiłki doktrynerów dają wyniki humorystyczne, co widać w dzisiejszej teatrologii uniwersyteckiej. Te wszystkie Lacany, Derridy, antropologie, tak jak wcześniej marksizm i strukturalizm, te tryndy modne, są pasożytowaniem na dziełach artystów. Profesor Raszewski nie był humanistą zniewolonym, nie stroił się w modne formułki, na teatr dawny i ten współczesny patrzył się miarkował. Ci, co się stroją w modne szatki, są nadzy, co widzi każde dziecko.
Mnie na Wocie uczyli: prof. Raszewski, Jerzy Koenig, Marta Fik, Stefan Meller, Andrzej Wanat, Henryk Hinz, Zbigniew Wilski, Agnieszka Morawińska, Małgorzata Szpakowska, Aleksandra Okopień-Sławińska, Julian Lewański, Andrzej Makowiecki, Waldemar Chołodowski, Franciszek Ryszka (oczywiście to nie jest pełna lista wykładowców). Nie wiem, czy konieczne było, abym przed studiami na WoT odbył jeszcze inne studia. Teraz równoległe studia są bardziej popularne, nie mówiąc o tym, że studenci mają o wiele większe możliwości studiowania za granicą.Co do zagrożeń „naukowych”, o których Pan pisze – całkowita zgoda. Pozdrawiam serdecznie.PS. Pana Mistrz to?
Nastąpiło nieporozumienie. Nie oceniałam wykładowców, ale studentów. Na wyższych studiach formuje się baza, uporządkowana solidna wiedza o jednej z dziedzin humanistyki w jej ciągu historycznym; i sposób patrzenia na nią w kontekście historii, sytuacji społecznej, politycznej, obyczajowej, kulturalnej itd Tę metodę stosuje się potem do innych dziedzin humanistycznych i artystycznych. Wykładowcy na WOCIE byli wybitni, choć może nie dorastali do Stempowskiego, Brumera, Korzeniewskiego z PISTu. Przecież i tam wymagano od przyszłych reżyserów kilku lat studiów uniwersyteckich.( Wydziału dla cywiłow nie było) Na WOCIe studenci uczą się wszystkiego równocześnie i w szybkim tempie, zatem niczego metodycznie i dogłębnie. Nie są w stanie ogarnąć materiału, złożyć z tego chaosu spójnego obrazu Rezultatem jest także nieprzyswojenie rozmaitych wiadomości, co przejawia się później jako wpadki. A jest ich niemało. Są wyjątki, osoby które po studiach dopełniają wiedzę. Większość nie ma na to czasu i głowy. Sędzia: Kto był Mistrzem oskarżonego?Oskarżony: Wielebny sąd będzie się śmiać. Profesor Rachmiel Brandwajn.Sędzia: Adres? Oskarożony: W żemiSędzia: Jakiej ziemi?Oskarżony: W Żemi ObiecanejPubliczność na sali się śmiejeKurtyna
Jednak zostanę przy swoim: tak jak Raszewski z Koenigiem wymyslili WoT nie było złe. Inna sprawa, czy dzisiaj da się kontynuować ten pomysł? Trzeba z żalem powiedzieć, że nie, ale też po drodze wszystko się zmieniło. Ale to temat na inną opowieść. Co do Mistrza – śmiechu wcale nie ma. Domyślam się, że może stąd Pana zamiłowanie również do Francuzów z XVII wieku. Przy okazji mógłby Pan nieco przybliżyć sylwetkę Mistrza, bo mnie jest niestety nieznana. Kreślę się z szacunkiem – magister sztuki w zakresie wiedzy o teatrze.
Raszewski wymyślił, a Koenig doprowadził do realizacji, gdyż, w przeciwieństwie do Raszewskiego, dla ówczesnych władz, był, jak to się mówi, nasz człowiek. Studenci nie poszli za Profesorem, poszli w Koeniga, on był zanurzony w teraźniejszoszości i iskrzył anegdotami. Niestety, prawda jest taka, że wielu studentów uważało prof. Raszewskiego za nudziarza, czego on z właściwą sobie szlachetną naiwnością, zdawał się nie zauważać. Jeden raz pozwolił sobie zwrócić uwagę delikatnie, pośrednio, Pańskiemu bratu. Wiąże się z tym dość nieelegancka anegdota, której, ze względu na Pana, tu nie przytoczę. Co do mojego Mistrza, zawsze służę wiadomościami na Jego temat. Po pierwsze był Żydem, po drugie bardzo biednym Żydem, po trzecie bardzo zdolnym Żydem, co zauważono już w chederze. A ponieważ Żydzi najwyżej cenią dwie rzeczy, na równi naukę i pieniądze, gmina złożyła się na stypendium, by młody Żyd mógł skończyć polską (!) szkołę. Jeśli czytał Pan jego książki o Tartuffie i Corneille’u, na pewno zauważył Pan, jak piekną polszczyzną władał. Później studiował filozofię w Heidelbergu i romanistykę na Sorbonie. We Francji wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej, i w przeciwieństwie do wielu innych partyjnych Żydów, nie piał z oburzenia w 1968 roku. Profesor powiedział wówczas do swoich studentów: Proszę Państwa, .polityka to wielka sztuka. Co, w moim przekonaniu, nie świadczy o tym, by za taką uważał ówczesne rozgrywki. Jeśli kogoś postać Mistrza zainteresuje poważnie, z przyjemnością opowiem o nim więcej, chętnie publicznie. Nie sądzę jednak, bym miał po temu sposobność, ludzi bowiem interesuje najbardziej to, co już znają lub o czym słyszeli.Nie dziwi mnie, że postać Profesora jest Panu nieznana, gdyż Profesor nie zabiegał o bycie znanym i modnym, nie bywał na intelektualnych – wtedy takie były! – salonach, nie zajmował się polityką opozycyjną. Nigdy nie przestał być marksistą, ale też nigdy nie był doktrynerem, czego i mnie nauczył. Zawsze wierzył w człowieka, w jego zdolność myślenia i w jego przyszłość. Pozdrawiam z przeszłości
Pozwolę sobie zauważyć, że ciekawiej pisze Pan o swoim Mistrzu niż moim Profesorze.
Pozwolę sobie zauważyć: Tu l’as voulu Georges DandinO Prof. Brandwajna, Panu nieznanego, sam Pan pytał. O Prof. Raszewskiego jakiego ja znałam, nie.
Pozwolę sobie zauważyć, że ciekawiej pisze Pan o swoim Mistrzu niż moim Profesorze.