W związku z żenującym poziomem festiwalu

Właściwie trudno komentować to, co się stało w związku z prezentacją spektaklu Oliviera Frljicia na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy. Najmniejszą trudność stanowi oczywiście fakt, że przedstawienia nie widziałem, ale przecież dla innych, którzy w tej sprawie się wypowiadają to również żaden kłopot. To ciekawe zresztą, że skandal, który w przypadku festiwalowego pokazu może dotyczyć 200-300 osób, zostaje nagłośniony tak, jakby tę flagę narodową wyciąganą z pochwy aktorki oglądały miliony rodaków. Codziennie w telewizji pokazuje się rzeczy, które mogą budzić zgorszenie, są wątpliwe etycznie, albo przynajmniej obrażają gust i rozum, a jakoś nikogo to specjalnie nie obchodzi, choć siła rażenia telewizyjnego przekazu jest nieporównywalnie większa. Niech się jednak coś stanie nieprzyzwoitego w teatrze od razu raban na cały kraj. Ale może to dobrze, że teatr zachowuje choćby symbolicznie jeszcze jakąś siłę społeczną.

Trudno bydgoską histerię komentować, by uniknąć grania roli w tym spektaklu, który się w konsekwencji wytworzył. Bo przecież mamy tu do czynienia ze swoistą komedią dell’arte, w której pojawiają się znajome typy i zachowują się wedle z góry określonego scenariusza. Politycy, posłowie, radni prawicy zgłaszają sprawę do prokuratury przecież nie dlatego, że spektakl ich naprawdę oburzył, tylko muszą odtwarzać role oburzonych. Grają przed swoimi władzami i wyborcami, przed którymi należy się wykazać odpowiednią postawą. I tu nie ma co myśleć, analizować dokładniej inscenizację, trzeba grzmieć, przewracać oczami, stroić srogie miny.

W tym teatrze ciekawszą jednak rolę przyjął marszałek województwa Całbecki. On już wcześniej dał się poznać z tego, że sprawy teatru są mu bliskie – nie uznał wyniku konkursu na dyrektora Teatru im. Horzycy w Toruniu, w związku z czym scena ta drugi sezon działa z kierownictwem pełniącym obowiązki. Tym razem marszałek dał jeszcze większy popis (nomen omen). Jego list w sprawie skandalu na Festiwalu Prapremier może przejść do historii głupoty w Polsce. W szczególności pieści uszy fraza: „W związku z żenującym poziomem festiwalu i godzeniem w fundamentalne wartości Narodu Polskiego, ubliżaniem godności człowieka, sianiem nienawiści międzywyznaniowej i pogardy dla chrześcijan w jednym ze spektakli, na mój wniosek, na najbliższym posiedzeniu Zarządu Województwa Kujawsko-Pomorskiego omawiana będzie sprawa wykluczenia Teatru z grona partnerów projektu, co zamyka drogę do otrzymania dofinansowania. Granice wolności sztuki zostały przekroczone”. Najbardziej groteskowy w tym wszystkim jest fakt, że marszałek Całbecki reprezentuje Platformę Obywatelską. Widocznie przejął się stwierdzeniem swojego przywódcy, że partia powinna skręcić bardziej na prawo. Niewątpliwie więc marszałek Całbecki może uścisnąć dłoń marszałkowi Przybylskiemu z województwa dolnośląskiego. Obaj bardzo się wykazują na froncie walki o lepszy teatr.

Ta reakcja na spektakl Frljicia oczywiście sprawia, że trzeba go wziąć w obronę (co też jest swoistą rolą w rozgrywającym się właśnie teatrze), choć prawdę mówiąc strategia artystyczna reżysera jest tak samo wątpliwa. A znamy ją przecież nie tylko z przedstawienia pokazanego w Bydgoszczy. W odniesieniu do niej ma zastosowanie stwierdzenie, że można w mądrej sprawie głupio robić. A ktoś, kto posługuje się prowokacją musi się liczyć z rozmaitymi skutkami. Mnie odstręcza od teatru Frljicia demagogia jego przekazu i tandeta wyobraźni. Na to nie ma jednak paragrafu w kodeksie karnym, a i Konstytucja RP nic w tej kwestii nie mówi. Mogę jedynie refleksyjnie zauważyć, że chyba czym innym kiedyś było domaganie się wolności dla pioruna w teatrze, a czym innym dzisiaj obrona prawa do wyjmowania flagi z cipki.

W tej sprawie jednak żadnego wniosku nie postawię, może poza tym, że niestety żenujący jest teatr, w którym mamy dużo emocji, trochę mało rozumu.

290 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.