Słownik do czytania

Różne książki ludzie czytają do poduszki, a ja ostatnio wertuję wydany właśnie Słownik biograficzny teatru polskiego. Jest to, jak wiadomo, trzeci już tom monumentalnej publikacji, przygotowanej przez zespół redakcyjny Instytutu Sztuki, tym razem obejmującej notami ludzi teatru, którzy zmarli do roku 2000. Zebrało się ich 1987. Oczywiście nie jestem aż takim maniakiem, żeby śledzić wszystkie biogramy jeden po drugim, od A do Z. Czytam je wyrywkowo, czasami wyszukując konkretne osoby, a czasami gdzie oko spocznie. I muszę powiedzieć, że jest to lektura z wielu względów bardzo ciekawa.

Pierwszy wniosek, jaki mi się nasunął, jest trochę smutny. Dużą część opisanych  mogłem widzieć na scenie, w kinie lub w telewizji. Niektórych nawet miałem szczęście poznać osobiście. Wśród nich znajduje się np. bohater mojej pracy magisterskiej: Konstanty Puzyna, wykładowczyni z Wydziału Wiedzy o Teatrze: Marta Fik, a także mój pierwszy szef w redakcji miesięcznika „Teatr”: Andrzej Wanat (w nocie dokładnie opisana została jego działalność reżyserska). To jest różnica w stosunku do poprzednich tomów Słownika, które prezentowały postaci bardziej historyczne (w oczywisty sposób tak było w tomie I) i których dorobek pozostał już tylko w sferze dokumentacji. Czytelnik najnowszego tomu może się odwołać do własnej pamięci, gdy czyta przykłady aktorskich ról, ich recenzje czy charakterystyki twórczości, sporządzone na potrzeby biogramów. Mam zresztą wrażenie, że noty te zostały bardzo solidnie przygotowane, posiadają swój wyraźny porządek, opisy sztuki zwłaszcza najwybitniejszych aktorów, choć zwięzłe, wydają się trafne i chwalebnie dobrze ujęte w słowach. W przeczytanych notach nie natrafiłem na poważniejsze błędy, choć rzecz jasna nie oznacza to, że być może bardziej wnikliwy recenzent czegoś się nie dopatrzy.

Dwa woluminy Słownika zasługują na szczególną uwagę, ponieważ opisane w nich blisko dwa tysiące ludzi to w ogromnej części artyści, którzy wyznaczyli potęgę polskiego teatru po wojnie. Są wśród nich ci, którzy zyskali znaczenie światowe, jak Kantor czy Grotowski, ale jest cała galeria znakomitych reżyserów, aktorów, scenografów, z których każdy zasługuje na odrębną monografię, by wymienić tylko Aleksandra Bardiniego, Jerzego Bińczyckiego, Henryka Bistę, Mieczysława Czechowicza, Jerzego Dobrowolskiego, Irenę Eichlerównę, Ryszardę Hanin, Stanisława Hebanowskiego, Zygmunta Hubnera, Tadeusza Janczara, Kalinę Jędrusik, Bohdana Korzeniewskiego, Ewę Lassek, Tadeusza Łomnickiego, Zofię Małynicz, Halinę Mikołajską, Zofię Mrozowską, Janusza Nyczaka, Barbarę Rachwalską, Wiktora Sadeckiego, Andrzeja Szczepkowskiego, Stanisława Szymańskiego, Aleksandrę Śląską, Jana Świderskiego, Mieczysława Voita, Janusza Warmińskiego, Romana Wilhelmiego, Gerarda Wilka, Jana Wilkowskiego, Czesława Wołłejkę, Stanisława Zaczyka, Lidię Zamkow i wielu, wielu innych.

Piękne w Słowniku jest to, że obejmuje on także osoby, które nie zdobyły wielkiej sławy, ich twórczość miała skromniejszy charakter, ale które przecież także współtworzyły teatr swoich czasów. To często, jak to się mówi: artyści scen prowincjonalnych, którzy odegrali w nich ważne role. Noty im poświęcone są objętościowo mniejsze, ale pozostają cennym dowodem pamięci. Czasami szczególnie istotnym, także dlatego, że ukazującym dramatyczne losy życiowe, przedwcześnie przerwane kariery, jak np. w przypadku moich kolegów ze Szkoły Teatralnej: aktora Maćka Ćwika czy reżysera Marka Sikory.

Z rzeczy dodatkowo ciekawych: biogramy zwykle zaczynają się od informacji o rodzicach bohatera (czasami o ich zatrudnieniach, z czego wynika wniosek, z jak wielu rozmaitych środowisk wywodzili się nasi artyści teatru i nierzadko było to tzw. defaworyzowane pochodzenie), ale po nich idą jeszcze dane matrymonialne – kto był mężem, kto żoną, a także kiedy odbył się ślub, a kiedy doszło do rozwodu, jeśli się zdarzył. W poprzednich tomach wiadomości te z naturalnych przyczyn rzadziej się pojawiały, ale obecnie stały się normą. Jednak trzeba stwierdzić, że jest z nimi pewien dyskretny problem, ponieważ ukazują, jeśli tak się można wyrazić, tylko formalny stan rzeczy. Zapewne trudno było ujawniać, jaki był stan nieformalny, choć przecież tego typu związki pozostawały w środowisku tajemnicą poliszynela i co ważniejsze miały znaczenie dla uprawianej twórczości. Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać, że autorzy biogramów w szczególnie istotnych przypadkach zdradzają niektóre fakty. Np. w nocie o Zofii Mrozowskiej można przeczytać, że „przez wiele lat była towarzyszką życia Erwina Axera”. Brakuje informacji, że była matką jego syna.

Lektura Słownika jest tak interesująca, gdyż na której stronie się go otworzy, tam natrafi się na kogoś wielkich zasług. Oko się człowiekowi śmieje na wspomnienie tych wszystkich twórców i tego, co dokonali. Każda nota im poświęcona wywołuje jednocześnie wzruszenie, że niestety jest już świadectwem przeszłości, choć jeszcze nie tak odległej.

 

 

 

701 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.