One

– Już są, proszę popatrzeć – powiedział ni stąd, ni zowąd mężczyzna, który przechodził brzegiem morza, a ja stałem wpatrując się w dal. Rzeczywiście woda nabrała dziwnego, rdzawego koloru, tworzącego wrażenie, że to płycizna wyłoniła się pośród spokojnych fal. Gdy spojrzało się bardziej z góry, te niespotykane wcześniej plamy widoczne były właściwie wzdłuż całego brzegu.

A jeszcze dzień wcześniej kąpałem się w morzu, ciesząc się, że woda była nadzwyczaj ciepła, jak to się rzadko zdarza w Bałtyku. Spędzam tu wakacje właściwie regularnie od lat i pamiętam, że kąpiel zwykle wymagała hartu ciała i ducha. W tym roku aura wyjątkowo zresztą sprzyjała plażowaniu. Cały tydzień świeciło słońce. – Po prostu bajka – jak mawia jeden z towarzyszy naszego wypoczynku w B. I wszystko byłoby znakomicie, gdyby nie one…

Na naszym kąpielisku wywieszono czerwoną flagę, choć cała masa ludzi marzyła tylko, by swe ciała zanurzyć w wodzie. Ale tam były one – to właściwie nie wiadomo co, czające się jak niewidoczne zło z horroru. Lista nadmorskich miejscowości z zakazem kąpieli poszerzała się każdego dnia o nowe, jakby to były tereny zdobywane na froncie przez wroga.

W mediach od razu pojawiły się informacje, że są niebezpieczne. Że kontakt z nimi może powodować rozmaite dolegliwości zdrowotne np. rumień, pokrzywkę, świąd skóry, gorączkę, bóle mięśni, nudności, wymioty, duszności, zawroty głowy, a nawet uszkodzenia nerek i wątroby.

Codziennie rano przy śniadaniu nasze towarzystwo rozważało szanse, że może akurat dziś coś się zmieni. Panowie w swych smartfonach usiłowali znaleźć informacje z nadzieją, że zagrożenie przeszło. Przynajmniej tam, gdzie byliśmy. Panie były bardziej sceptyczne. O. stwierdziła, że w ogóle do Bałtyku nie należy wchodzić, ponieważ jest to szambo ze wszystkimi możliwymi świństwami. A tylko czekać, jak wydobędą się z zatopionych w czasie wojny okrętów składy broni chemicznej albo choćby paliwa, o czym przecież już donoszono w przypadku tankowca leżącego na dnie Zatoki Gdańskiej. Ta apokaliptyczna wizja jakoś do nas nie przemawiała w sytuacji, gdy już zostaliśmy pozbawieni największej przyjemności wakacyjnego wypoczynku. Tylko dla B. nie był to wielki problem, ponieważ unikała plaży.

Nadzieja, że woda się oczyści trwała, choć pojawiały się nastroje zwątpienia. P. któregoś dnia ogłosił: dzisiaj jedziemy nad jezioro. Rzeczywiście znajduje się ono w pobliżu, jest ładne, ma tylko jeden feler: nie jest morzem. Daje więc satysfakcję zdecydowanie zastępczą. I jak się okazało w tym przypadku: nie dało. Bo one też tam zakwitły. Atakowały nie tylko morze, ale i akweny na lądzie.

Gdzieś przeczytałem, że są bardzo stare. Pojawiły się na długo, zanim Pan Bóg stworzył człowieka. Mówi się o nich: kultury bakterii. „Kultury” – cóż za eufemistyczna nazwa. Ja jestem pracownikiem kultury i one są kulturami?

Część naszego towarzystwa w końcu się zniechęciła i wyjechała w inne strony. W ostatnich dniach zostałem sam. Przyjeżdżałem jeszcze na plażę i z tęsknotą patrzyłem na morze. Rozważałem nawet, wbrew przestrogom, że może jednak nie poddać się presji. Może znaleźć takie miejsce, choćby mały skrawek, gdzie a nuż zagrożenia nie ma. Nie musiałbym przecież całkiem swobodnie wypłynąć tam, gdzie oczy poniosą. Wystarczyłoby troszeczkę się zanurzyć, poczuć wreszcie przyjemność wody, popłynąć parę metrów w tę i parę metrów w tamtą. Ale pokusa przegrywała z wyobraźnią. Wsadziłem tylko stopy, pomyślałem bowiem, że może one przetrzymają ewentualny atak nieprzyjaciela.

No więc urlop 2018 roku nad polskim morzem upłynął mi pod znakiem sinic. Nasz gospodarz w B., znający się na sprawach morskich, stwierdził, że one znikną dopiero wtedy, gdy zmieni się pogoda. Napłynie zimny prąd, zacznie wiać z innych kierunków.

Gdy już szykowałem się do powrotu, spojrzałem na informacje w Internecie i oczom moim rzucił się tytuł: „Sinice w Warszawie”.

494 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.