Marcin Jarnuszkiewicz

Wiadomość o śmierci Marcina Jarnuszkiewicza była tak zaskakująca, że trudno się do niej odnieść, by nie popaść w banał. Uruchamiają się jedynie wspomnienia, które z Marcinem się wiązały, a które sprawiają, że nie był mi osobą obojętną.

Poznałem go niemal dokładnie 30 lat temu. Pod koniec października 1986 roku grupa studentów ówczesnego I roku Wydziału Wiedzy o Teatrze pod wodzą Lecha Śliwonika udała się do Tarnogrodu na Sejmik Teatrów Wiejskich. To była i jest impreza o ładnej tradycji w teatralnym ruchu amatorskim. Śliwonik zabrał nas w celach poglądowych, ale dlaczego tam się znalazł Marcin Jarnuszkiewicz? – nie pamiętam. Może był w jury? W każdym razie całymi dniami oglądaliśmy kolejne widowiska obrzędowe i inne, a wieczorami jakoś tak się stało, że zakolegowaliśmy się z Marcinem, nie wiedząc dokładnie, kim jest. On nas może polubił jako trochę mądralińską, ale sympatyczną grupkę młodych ludzi, którzy dopiero zaczynają poznawać teatr. Pamiętam jedną sytuację. Siedzimy w knajpie z Marcinem i coś się zgadało o Hanuszkiewiczu. Ja wygłosiłem opinię na temat  Balladyny, która była tak zwanym sądem nieskażonym znajomością rzeczy. Marcin wysłuchał tego, co miałem do powiedzenia i z całkowitym spokojem rzekł:

– A ja zrobiłem scenografię do Balladyny Hanuszkiewicza.

Nawet teraz po latach chciałbym zobaczyć swoją głupią minę, którą niewątpliwie wtedy musiałem mieć. Nie wiem, czy skojarzyłem, że Jarnuszkiewicz był scenografem kilku przedstawień, które w przeciwieństwie do Balladyny widziałem. W latach 80. współpracował bowiem z Teatrem Nowym za dyrekcji Bohdana Cybulskiego, a to był mój wówczas teatr, by tak rzec, parafialny. Chodziłem do niego ze szkołą i widziałem spektakle, których był współtwórcą, np. Don Juana, Peryklesa, Rzeźnię. Mocniej utkwił mi w pamięci Edward II w reżyserii Macieja Prusa z Romanem Wilhelmim w roli tytułowej. Scenografia Jarnuszkiewicza robiła wrażenie poprzez swoją mroczną ascezę, a jednocześnie była bardzo starannie zakomponowana.

Nasze spotkanie w Tarnogrodzie miało taki skutek, że poszliśmy do dziekana Koeniga i mu zakomunikowaliśmy, że chcemy mieć z Jarnuszkiewiczem zajęcia ze scenografii. Koenig na to przystał, bo rzeczywiście takich zajęć w programie Wiedzy o Teatrze nie było. No więc zaczęliśmy się spotykać na Miodowej, Marcin absolutnie nie pretendował do roli profesora, czasami zapraszał nas na ASP, gdzie też prowadził zajęcia na wydziale scenografii. To były właściwie towarzyskie kontakty, z których jeśli ktoś chciał, mógł wyciągnąć od Marcina wiedzę, a może co było jeszcze ważniejsze: poznać jego wrażliwość. Ona zresztą obejmowała nie tylko teatr, ale po prostu sztukę. Nie byłoby świata wyobraźni Marcina bez muzyki, literatury i czegoś, co trudno precyzyjnie określić, ale chyba było istotą jego twórczości i życia: potrzeby piękna. Nie chodzi przy tym o emocję, która jest podszyta tanim sentymentalizmem, czy po prostu kiczem. Jarnuszkiewicz wiedział, że artyzm jest wartością, która może mieć dobroczynny wpływ na człowieka. Miał w związku z tym również wyraźne przekonania, kiedy i jaka sztuka sprzeniewierza się tej misji.

Myślę, że Marcinowi z czasem mogło być coraz trudniej odnaleźć się we współczesnym teatrze. Współpracował z kilkoma wybranymi reżyserami: z Prusem, Domalikiem, Brzozą. Osobne miejsce zajmowała jego artystyczna przyjaźń z Romanem Woźniakiem, która zaowocowała swego czasu bardzo pięknymi Scenami Pasyjnymi z muzyką Bacha (najpierw wystawionymi w Teatrze Nowym, potem w Guliwerze, gdzie przez chwilę Jarnuszkiewicz był dyrektorem). Rzadko decydował się, by wykorzystywać swą drugą profesję teatralną, czyli reżyserię. Na pewno wiele osób pamięta jego inscenizację Do Damaszku wg Strindberga w dawnym Teatrze Szwedzka 2/4, a ja jeszcze widziałem w jego reżyserii Pietruszkę wg Strawińskiego w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, co ciekawe scenografię w tym spektaklu oddał Joannie Braun.

Od paru sezonów jego nowe spektakle można było zobaczyć już tylko w teatrach lalkowych. Mam tu wobec niego wyrzut sumienia, ponieważ namawiał mnie serdecznie, by przyjść na Gęś, Śmierć i Tulipan w jego reżyserii w Teatrze Baj. Niestety nie dotarłem. Mam nadzieję, że teatr nadal będzie grał to przedstawienie, które teraz stało się epitafium jego twórcy.

Nie wiem, czy był szczęśliwym człowiekiem. Myślę, że jego rodzaj wrażliwości sprawiał, że nie było mu o to łatwo. Ale ta sama wrażliwość może powodowała, że przynajmniej czasami odnajdywał to, co było dla niego najważniejsze – w sztuce, w świecie, w życiu.

 

303 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.