Łubieński

W książce Łubieńskiego „1939” czytam charakterystykę ministra Becka, w której pojawia się też informacja o tym, że nudził go teatr,  bo, jak się wyrażał: „musi słuchać gadania nieznajomych ludzi o ich osobistych sprawach, które nic go nie obchodzą”. Łubieński powołuje się na opinie swojego stryja, który był dyrektorem gabinetu Becka i miał ambiwalentny stosunek do pryncypała. „Miał on coś z wierności średniowiecznych rycerzy, coś z najbardziej prymitywnego, a pięknego poczucia honoru ludzkiego, coś z najpiękniejszego humanitaryzmu” – to stryj liczył ministrowi na plus. Ale jednocześnie pisał o „słabym bagażu umysłowym Becka”. Brak zamiłowania do teatru był akurat stosunkowo najmniej istotnym dowodem  powyższej obserwacji. Ale właściwie nie cytuję tego wszystkiego, bo minister Beck jakoś szczególnie mnie interesuje. Przypomina mi się Marek Walczewski, który grał Becka w serialu Teatru TV „Przed burzą”. Nieźle zrealizowanej produkcji z końca lat 70.,  opowiadającej oczywiście skłamaną historię poprzedzającą wybuch wojny. Ale też nie przywołuję tego skojarzenia, żeby poprowadzić myśl w jakimś nowym kierunku. To jest tylko dygresja. Niechętne zdanie Becka o teatrze Łubieński sam komentuje: „Co zresztą nie jest pozbawione racji”. Czyli Łubieński podziela pogląd, przynajmniej częściowo, że w teatrze trzeba słuchać gadania obcych ludzi o ich sprawach, która nas (a przynajmniej jego – Łubieńskiego) nic nie obchodzą. I to jest przykre. Becka nie będziemy rozliczać z jego dessinteresement dla teatru. Ale drobna uwaga, jakby rzucona mimochodem, zupełnie na marginesie, Tomasza Łubieńskiego daje do myślenia. W końcu to jest też autor sztuk teatralnych, które może niezbyt często ale bywały wystawiane. Nie będę przewrotnie pytał, czy dramaturgia Łubieńskiego nie naraża nas też na słuchanie gadania nieznajomych ludzi… Powiem szczerze, że dawno nie czytałem starszych sztuk autora „Koczowiska”, a nowsze jakoś mi umknęły. Ale przykro mi z powodu zwątpienia Łubieńskiego w teatr, niezależnie od jego osobistych doświadczeń. Problem leży w tym, że rzeczywiście dzisiejszy teatr nie ma specjalnie oferty dla kogoś takiego jak Łubieński. „Kogoś takiego” to znaczy miłośnika historii, jej przewrotnego interpretatora, idącego pod prąd historycznego mitotwórstwa, które wokół się panoszy. Nie od dziś wiadomo, że teatr unika tematyki historycznej potraktowanej serio. Mamy sztuki o problemach pracowników agencji reklamowych (i te w istocie Łubieńskiego mogą nic nie obchodzić), ale nie mamy dramatów, które pokazałyby najbardziej palące dylematy naszej historii. Po śmierci Władysława Terleckiego w ogóle nie mamy chyba pisarza, który interesowałby się historią. A czy nie przydałyby się sztuki, które pokazałaby w całej złożoności historyczne dramaty i ich bohaterów? Dlaczego na przykład nikt nie chce się poważyć na sztukę o Jaruzelskim? Że bohater jeszcze żyje? Że znowu wywołuje się upiory komuny? Że może nie są znane wszystkie tajemnice życia  generała? Ale przecież nie chodziłoby o naukową biografię. Oto mamy nieoczywistego bohatera, może złego, może dobrego, który stanął przed dramatycznym wyborem. Co więcej bohater nigdy nie będzie miał pewnie jednoznacznej oceny. I w tle czai się problem: bić się czy nie bić? – tak bardzo pasjonujący Łubieńskiego i chyba nie tylko jego. Materiał na sztukę jest. Oczywiście sztuka, jeśli dobrze napisana, byłaby do myślenia. No i o to właśnie najtrudniej. Ale bez tego wciąż będziemy mieli wrażenie, że słuchamy w teatrze historii, które nas nie obchodzą.

488 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.