Kutz

Zmarł Kazimierz Kutz. Od jakiegoś czasu wiadomo było, że jest z nim źle, a jednak nadzieja pozostawała, że to jeszcze nie koniec, że będziemy mogli za dwa miesiące obchodzić 90 urodziny reżysera. Będzie niestety tylko stypa.

We wspomnieniach po jego śmierci oczywiście podkreślano, że był znakomitym twórcą filmowym, ostatnim, jak to ktoś zauważył, ze Szkoły Polskiej. Był też artystą, który podejmował się funkcji politycznych w III Rzeczypospolitej, bardzo żywo uczestniczył w życiu publicznym. Wypowiadał się często w charakterystyczny dla  siebie, bezceremonialny sposób, co niektórych mogło drażnić, a czasami sprawiać przykrość. Był śląskim patriotą. To wszystko o nim wiadomo. Ale dla mnie szczególnie ważna w jego działalności była twórczość dla Teatru Telewizji.

Był Kutz z pewnością jednym z najbardziej zasłużonych dla telewizyjnej sceny reżyserów. Jeśli początki Teatru TV należały do Adama Hanuszkiewicza, później przeszedł on w domenę Jerzego Antczaka, Jerzego Gruzy czy Olgi Lipińskiej, to seria spektakli Kutza z przełomu lat 80. i 90., przywróciła wiarę w Teatr TV jako sztukę, zachwianą po kryzysie, który spowodował stan wojenny i jego konsekwencje dla telewizji. Właściwie tytuł w tytuł po kolei to były arcydzieła albo po prostu wybitne przedstawienia. Zaczęło się rzecz jasna od Opowieści Hollywoodu, które na nowo odkryły geniusz aktorski Janusza Gajosa. Nie wiem, czy można wskazać jeden najlepszy spektakl Teatru TV w jego już 65-letniej historii, ale gdyby tylko szukać kandydatów do tego miana, to na pewno wśród nich znalazłaby się realizacja sztuki Christophera Hamptona, którą Kutz przygotował w ośrodku TVP w Krakowie w 1987 roku. Ale potem zrobił jeszcze pamiętne inscenizacje: Samobójcę Erdmana, Dzieci Arbatu Rybakowa, Do piachu Różewicza (pewnie pierwsze dzieło sztuki po 89 roku, na które przypuszczono atak z pozycji „patriotycznych”), Kolacja na cztery ręce Barza (może najpopularniejszy wśród widowni spektakl Kutza), Zapach orchidei Rylskiego, Noc Walpurgii Jerofiejewa, Stalina Salvatore (z ostatnią rolą Tadeusza Łomnickiego), Ziarno zroszone krwią Stawińskiego, Antygonę w Nowym Jorku Głowackiego, Emigrantów Mrożka, Rodzinę Słonimskiego, Kartotekę rozrzuconą Różewicza. Każda z tych premier była wydarzeniem.

W jednym z wywiadów Kutz mówił: „Uważam, że tajemnicą i dobrodziejstwem telewizji jest jej romans z intymnością. Istnieje pewna amerykańska teoria, mówiąca o tym, że człowiek porusza się w pewnych określonych sferach. Szerszych i węższych, intymniejszych, które pieczołowicie chroni. I jest sfera najintymniejsza, bodaj 17 cm, do której człowiek nikogo nie dopuszcza z wyjątkiem tych, których chce dopuścić. Myślę, że tajemnica telewizji tkwi w tych 17 cm, w tym niezwykłym pejzażu intymności i drążeniu tej warstwy psychologii, której nie dotyka ani teatr, ani kino”.

Mieliśmy ogromne szczęście, że telewizyjny teatr Kazimierza Kutza wytwarzał tę intymną sferę i dopuszczał nas do niej. Reżyser odkrywał w niej ludzkie doświadczenia, a jego niezwykłym medium byli aktorzy, którzy stworzyli w przedstawieniach Kutza galerię wielkich ról. Być może z czasem sposób telewizyjnej realizacji spektakli Kutza będzie coraz bardziej historyczny, ale nie sądzę, by aktorstwo w nich straciło swój wymiar dotykający prawdy o człowieku. Janusz Gajos, Jerzy Trela, Jan Peszek, Anna Dymna, Zbigniew Zamachowski, Marek Kondrat, Jerzy Bińczycki, Jan Nowicki, Roman Wilhelmi, Piotr Cyrwus, Monika Niemczyk, Jan Frycz, Krzysztof Globisz. Oni grali duże role, niektórzy w kilku nawet spektaklach, ale świetnie u Kutza prezentował się także drugi plan aktorski. Pamiętne role mieli również ci aktorzy, który tylko raz u reżysera zaistnieli, jak np. Bogdan Łazuka w sztuce Rylskiego Netta czy Adam Hanuszkiewicz w Dniu podróżnym również Rylskiego – ostatnim przedstawieniu, w którym Hanuszkiewicz wystąpił i jednocześnie ostatniej pracy Kutza (premiera w 2005 roku). Warto przy tym zwrócić uwagę, że Kutz rzadko sięgał do klasyki, właściwie poza Wujaszkiem Wanią Czechowa i Naszym człowiekiem Ostrowskiego realizował głównie współczesny repertuar.

Jest w dorobku reżysera jeden spektakl, o którym się mało pamięta, a który ważny był dla problematyki śląskiej w twórczości Kutza: Stary portfel wg tekstu Stanisława Bieniasza. Poruszająca historia górnika, powstańca, w którego życiu dramatycznie odbił się śląski los, rozpięty między Polską a Niemcami. Spektakl zrealizowany został w 1981 roku, ale nie doszło do jego premiery w tamtym czasie. W stanie wojennym podobno nakazano zniszczyć tzw. taśmę-matkę. Ocalała jednak kopia i dzięki temu dopiero w 1989 roku przedstawienie miało pierwszą emisję.

*

Gdy się wspomina Kutza, to trudno pominąć tę jego cechę charakterystyczną, jaką był dosadny język. Dzisiaj, gdy wszyscy klną, przestało to robić jakiekolwiek wrażenie, ale w wulgaryzmach być może wyrażała się jego szczerość, potrzeba mówienia prawdy. Raz mi się udało odnaleźć, jeśli tak to można określić, w konwencji językowej Kazimierza Kutza. Spotkaliśmy się w telewizji, bodaj przy nagraniu Niedzieli z jego udziałem. (Kutz chyba lubił przychodzić do tego programu, bo robił to często, gdy był proszony, a ostatni raz pojawił się nie tak dawno w audycji poświęconej jubileuszowi łódzkiej Filmówki). No więc, gdy mnie zobaczył, zapytał:

– Pan też będzie występował w tej rozmowie?

– Nie, przyszedłem tylko z panem się przywitać.

– To po jakiego chuja się pan tak ładnie ubrał? – może rzeczywiście byłem akurat pod krawatem. Zwykle mam esprit d’escalier, ale wtedy błysnęła mi w głowie riposta:

– Po chuja, panie Kazimierzu, to pingwin w wodzie stoi.

Nie muszę chyba mówić, jak bardzo Kutz się zaśmiewał z tej odpowiedzi.

*

W zeszłym roku zadzwoniłem do reżysera, by mu powiedzieć, że będziemy w Kulturze przypominać jego realizację Wygnańców Joyce’a, o co kiedyś prosił. Rozmowa przerodziła się w długi monolog, w którym Kutz wyznał, że cierpi od dzieciństwa na tzw. syndrom Stendhala, tzn. jest chorobliwie wprost wrażliwy na piękno. Myślę, że tak silne wrażenie wywierała na niego sztuka, ale pewnie też kobiece piękno. Opowiadał, że pisze jeszcze jedną autobiograficzną książkę.

*

Jak się wspomina kogoś zmarłego, to często się pisze o sobie samym. Bywa to pewnie czasami drażniące, ale w gruncie rzeczy przecież jest naturalne. W końcu przez pryzmat osobistych wspomnień ujawnia się, jak ten, który odszedł, był ważny, pozostawił niezatarty ślad w pamięci. Więc na koniec jeszcze tylko jedno moje własne wspomnienie Kazimierza Kutza. Kiedyś napisałem w tekście dla „Teatru”, że Teatr Telewizji bez Kazimierza Kutza jest jak góra bez szczytu.

– Każę to wyryć sobie na nagrobku – powiedział reżyser przy jakimś później spotkaniu.

– Niech pan poczeka, to wymyślę coś lepszego.

Nie wymyślę nic innego.

Umarł Kutz i zostaliśmy bez szczytu.

497 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.