Krajobraz po bitwie

Mój poprzedni wpis w sprawie Teatru Polskiego oczywiście we wtorek stał się nieaktualny i dzisiaj można go czytać jako wyraz pobożnych życzeń. Słynne hasło porozumień sierpniowych, których rocznica dopiero co przypadła, że trzeba „rozmawiać jak Polak z Polakiem”, we Wrocławiu zamieniło się w potoczne: „gadał dziad do obrazu”. Aktorzy Polskiego, którzy zorganizowali wczoraj niemy protest, twierdzą, że pozbawiono ich głosu. Manifestacja ta wyglądała o wiele smutniej niż wiece, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu. Tam jeszcze czuło się energię sprzeciwu, gniew, rewolucyjny zgoła zapał. Padały przecież zapowiedzi radykalnych działań w obronie teatru. Tymczasem dnia 1 września nowy dyrektor wkroczył do swojego miejsca pracy, podobno powitany kwiatami przez niektórych pracowników i po prostu zaczął urzędowanie.

Kuriozalne było zachowanie się Cezarego Morawskiego, gdy dziennikarze poprosili o komentarz do sytuacji. Otóż odczytał oświadczenie, że osoba, która obsługuje Teatr Polski na portalach społecznościowych została zwolniona przez poprzedniego dyrektora i w związku z tym pojawiające się komunikaty nie są oficjalnymi informacjami teatru. Zamiast wyraźnego stanowiska, nawet dyplomatycznie okrągłego, jakie są jego zamierzenia w tym trudnym dla teatru momencie, a choćby zapowiedzi konferencji prasowej, usłyszeliśmy jakiś bzdet. Morawski sprawiał wrażenie człowieka, który usiłuje zachować spokój, choć czuło się, że to tylko zewnętrzna maska. Swoją drogą odpowiedzialność za niego biorą także wszyscy ci, którzy nie odwiedli go od tej straceńczej misji, a nawet zachęcali, by nie pękał.

Nie podobała mi się co prawda pogarda, z jaką do Morawskiego się odnoszono. Ten epitet: „aktor serialowy”, którym go dyskredytowano, wydaje się dość śmieszny, zważywszy że w zespole Teatru Polskiego byli aktorzy, którzy nie stronili i od takiej pracy. Ale rozumiem, że w niechęci do Morawskiego grały po prostu rolę silne emocje obronne.

Historia Teatru Polskiego we Wrocławiu nie jest oczywiście jedynym przykładem, jak władza może zniszczyć teatr. W latach 20. zamknięto ważny, choć krótko działający Teatr im. Bogusławskiego w Warszawie, kierowany przez Schillera i Zelwerowicza (sprawę opisał Józef Szczublewski w świetnej książce o znamiennym tytule: Artyści i urzędnicy). Partia przepędziła Dejmka z dyrekcji Teatru Narodowego po aferze z Dziadami w 68 roku. Parę teatrów przetrącono w stanie wojennym, by wspomnieć tylko Dramatyczny w Warszawie z dyrekcją Holoubka. A w III Rzeczypospolitej ile mieliśmy podobnych zdarzeń? Bardzo chętnie z niewygodnymi scenami rozprawiała się demokratycznie wybrana władza pod różnymi zresztą sztandarami partyjnymi.

Jedyne, co zostało z mojego poprzedniego wpisu, to pytanie: i co dalej? Wydaje się, że aktorzy Teatru Polskiego skapitulowali. Mogą oczywiście obnosić swój ból, ale bitwę przegrali. Mają dyrektora, którego nie chcą. Albo więc muszą się z tym pogodzić, albo podjąć indywidualne kroki, by odejść z teatru. I tak na pewno się stanie, część zespołu, zwłaszcza jego liderzy, u Morawskiego nie będą pracować. Niestety na ich miejsce przyjdą inni, bo trudno oczekiwać środowiskowego bojkotu nowej dyrekcji. Parę miesięcy temu aktorzy Teatru Studio w Warszawie walczyli ze swoją dyrekcją, sprawa była nie mniej głośna niż wrocławska. I dzisiaj co? Buntownicy zostali wyrzuceni, pojawiła się nowa dyrektorka artystyczna, ogłosiła swoje plany, przychodzą nowi aktorzy, a gwiazdy naszej reżyserii jakoś nie mają skrupułów, by ze Studiem współpracować.

Dziwne są zapowiedzi Urzędu Marszałkowskiego, że powstanie jakaś komisja, która pomoże Morawskiemu wybrać dyrektora artystycznego. Przecież to on złożył projekt programu na najbliższe lata (owe słynne pozycje rocznicowe), więc co? Ktoś inny ma go realizować? Albo program Morawskiego zostanie na papierze, a znajdziemy kogoś, kto zrobi teatr po swojemu?

Nowa dyrekcja Polskiego we Wrocławiu pewnie nie zapisze się w historii tej sceny w żaden istotny sposób poza niechlubnym rozpoczęciem działalności. Skończą się entuzjastyczne recenzje spektakli, nagrody, zagraniczne wyjazdy. Publiczność może będzie przychodzić, zawsze ktoś przyjdzie. Na pewno na pierwszej premierze nowej dyrekcji zjawi się cały Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego. I może nawet minister kultury.

Poseł Mieszkowski będzie nadal wygłaszał przemówienia w obronie wolności i demokracji. Może w przerwach spojrzy w lustro i zada sobie pytanie: czy to musiało się tak skończyć?

Aktorzy Polskiego będą jeszcze mieli swoją chwilę chwały, gdy zagrają Dziady w całościowej wersji podczas Kongresu Kultury w październiku w Warszawie. Ale ten występ to będzie tylko epitafium. A jeszcze parę miesięcy temu na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych grali swoje spektakle z poczuciem absolutnej wyjątkowości.

Jedyna nadzieja, że jeśli ten teatr umarł, to może gdzieś urodzi się nowy. 

314 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.