Był sobie dziad i baba

Wczoraj w Instytucie Teatralnym pokaz pracy nad spektaklem pt. „Był sobie dziad i baba”. Reżyserką przedstawienia jest Agnieszka Błońska (w zeszłym sezonie widziałem jej przedstawienie w Koszalinie), choreografką Anna Godowska, związana z Bretoncaffe, ale przede wszystkim występuje w nim czwórka emerytowanych tancerzy. Powiem szczerze, że nie jestem zwolennikiem teatru tańca, czym zapewne daję dowód jakiegoś wstecznictwa. Ale wbrew miłośnikom tego gatunku, których jest dużo i coraz więcej, śmiem twierdzić, że ruchem czy gestem tancerz nie jest w stanie tak wiele wyrazić jak aktor dramatyczny słowem. Wolę aktora, który przez godzinę bez ruchu recytuje poezję niż tancerza, który przez dziesięć minut skacze, biega, macha rękami, zamiata włosami itd. i jest to przejaw ekspresji czegoś,  co on czuje, a ja jedynie mogę się domyślać, na ogół zresztą mylnie. Nie przeczę: są przykłady teatru tańca, ruchu, czy jak go tam nazwać, które osiągają wymiar najwyższej sztuki. Tu oczywiście musi paść nazwisko Piny Bausch. Nie widziałem od dawna lepszego spektaklu niż jej pokazywany we Wrocławiu na dzień przed śmiercią „Nefes”. Ale też w tym przypadku mamy do czynienia ze sztuką, która przekracza gatunkowe ramy i staje się najczystszą sceniczną poezją. To lubię.
Akurat w spektaklu „Był sobie dziad i baba” nie o teatr tańca chodzi. Może dlatego mnie zaciekawił. Temat starości, również w wymiarze czysto fizycznym, przemijania i śmierci pojawia się w młodym teatrze jakby na przekór dominującej dzisiaj tendencji do ukrywania tej problematyki jako wstydliwej i przykrej. Zaangażowani do spektaklu tancerze szczerze, ale też i bez nadmiernego epatowania mówią o swoich chorobach i również słabej kondycji materialnej (licytują się np. wysokościami swych emerytur, które i tak są dwukrotnie większe niż mojej mamy). Jest w tym odrobina autoironii. Do reżyserki mogę zgłosić pretensję, że podąża za modą na sceniczne gadżety w rodzaju ekranów i mikrofonów. Monolog, w którym jedna z kobiet opowiada o fizycznej przypadłości, będącej wynikiem nadmiernego cholesterolu, wygłoszony jest z ekranu, podczas, gdy aktorka stoi na scenie. Dlaczego tak? Dlaczego niektóre kwestie aktorzy mówią do mikrofonów, skoro mamy ich na wyciągnięcie ręki i są wystarczająco słyszalni. No, tak się czepiam jak stary dziad, którego drażnią w teatrze te wszystkie „zapośredniczenia”.
Ale był w tym pokazie jeden moment, który zapada w pamięć i właściwie dla niego warto, by spektakl „Był sobie dziad i baba” powstał. Najpierw jeden z tancerzy pokazuje baletowe ruchy, jakie wykonywał w swoim przedstawieniu dyplomowym z 1966 roku (o ile pamiętam, to były „Tańce połowieckie”). „Pokazuje” nie jest słowem ścisłym, bo mężczyzna usiłuje powtórzyć kroki, ale musi je też dopowiedzieć, bo w pełni nie jest już w stanie ich wykonać. Po chwili dołącza do niego tancerka, która przypomina dla odmiany swoją dyplomową rolę w „Jeziorze łabędzim” z 1969 roku i też nie może jej odtworzyć. Dochodzi trzeci tancerz, który w komiczny sposób wykonuje jakieś pas z młodzieńczych występów w Mazowszu. Przez moment „tańczą” równolegle i są w tym smutni i śmieszni, ale prawdziwi.

542 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.