Bambino

Do powieści Ingi Iwasiów pewnie bym nie zajrzał, gdyby nie informacja, że jej akcja rozgrywa się w Szczecinie. Książka jest niezła, można ją na kilka sposobów czytać, ale mnie najbardziej interesował portret miasta, które znam z dzieciństwa. Bohaterowie „Bambino” chodzą ulicami, którymi i ja chodziłem. Pocztową, Małopolską, Buczka, Jagiellońską. Nie pojawia się w powieści chyba ani razu Mazurska, przy której mieszkaliśmy, a to prawie centrum. Bywają w parkach Kasprowicza i Żeromskiego, w których i ja bywałem. Jedzą w Domu Rybaka i w Kaskadzie, które to przybytki też pamiętam. Nie znalazłem informacji, gdzie się znajdował tytułowy bar „Bambino”, w którym spotykają się bohaterowie. Iwasiów, która sama jest ze Szczecina, nie opisuje specjalnie pocztówkowych miejsc: Zamku Książąt Pomorskich, Wałów Chrobrego. Pojawiają się za to nazwy dalszych dzielnic: Niebuszewo, Skolwin, Pogodno, Turzyn. Cała ta topografia (a jeszcze place: Grunwaldzki, kina, np. Delfin, operetka, cmentarz o pięknej nazwie Ku Słońcu, jezioro Głębokie) wyłaniała mi się mniej lub bardziej ostro z własnej pamięci, gdy czytałem powieść. Nie ma w niej różnych rzeczy, które tworzą moje obrazy Szczecina, np. duże płyty chodnikowe, rzadko spotykane gdzie indziej. Stare, czerwone tramwaje, których dzwonki i charakterystyczny szczęk rozsuwających się drzwi mam w uszach do dziś. Cyrk, który stawał na wielkim placu przy Alejach Wyzwolenia, tu, gdzie od jakiegoś czasu stoją hotele Neptun i ten drugi lepszy, którego nazwy teraz zapomniałem (zwykle mieszka się w nim podczas Kontrapunktu). Bohaterami „Bambina” są przede wszystkim kobiety, one nie chodzą na mecze Pogoni, a ja pacholęciem będąc chodziłem i były to piękne przeżycia. Jest jeszcze całe mnóstwo miejsc-wspomnień, które tworzą pejzaż pamięci. Doskonale pamiętam siebie, gdy siedzę jako niespełna 4-letni chłopiec na parapecie okna w kuchni, bo tak lubię i nagle widzę, że na ulicy wyłania się pochód mężczyzn w kaskach. Wydaje mi się, że coś krzyczą, skandują, może nawet mają wzniesione w górę pięści. Wołam do mamy, która krząta się przy zlewie: „Krajk! Krajk!”. Mama do dziś nie wie, jakim cudem skojarzyłem maszerujących w grudniu 70 roku stoczniowców ze strajkiem, nawet jeśli po dziecinnemu słowo to przekręciłem. Ja też nie wiem. W powieści Iwasiów, która obejmuje czas od lat 50-tych do 1981 roku, wypadki grudniowe są tylko jednym z epizodów, a przecież to był ogromny wstrząs dla miasta. Tu też jak w Gdańsku zginęli ludzie. Podpalono komitet partii.
Wspólnym doświadczeniem bohaterów „Bambina” jest to, że Szczecin był dla nich miastem, do którego przybyli po wojnie wydziedziczeni ze swoich rodzinnych miejsc. Jedna z kobiet jest tylko rdzenną mieszkanką, Niemką, która dostosowała się do nowej rzeczywistości. Dla naszej rodziny Szczecin też był miejscem, do którego przyjechaliśmy skądinąd. W Szczecinie zawsze czuło się atmosferę niepewności. Że może to miasto najbliżej Berlina, które przecież wieki całe nie było polskie, jest skazane na kaprysy historii. A jednocześnie port, choć do morza jest jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, otwierał jakąś tajemną perspektywę dalekich krajów.
Mieszkałem za krótko w Szczecinie, by czuć ten największy sentyment, który wyraża się w słowach papieża z Wadowic: tu się wszystko zaczęło… Lubię do tego miasta przyjeżdżać, bo jest naprawdę ładne, a teraz nawet ładniejsze niż trzydzieści parę lat temu. A „Bambino” dobrze się czyta bez znajomości Szczecina.

535 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.