Artyści

Skończył się serial Artyści, który obejrzałem tak jak się seriale oglądało za czasów mojego dzieciństwa – wszystkie odcinki z tygodnia na tydzień, pamiętając, żeby zdążyć na odpowiednią porę. Jakimś cudem to się udało, może raz tylko się spóźniłem, bo akurat byłem w Gdańsku na premierze znanej reżyserki, która sama mogłaby się stać bohaterką opowieści Strzępki/Demirskiego. Prawdopodobnie nie byłbym aż tak bardzo wiernym widzem serialu, gdyby nie jego branżowy temat. Dla mnie jako człowieka z tzw. środowiska czytelne były rozmaite żarty i aluzje, którymi naszpikowany został scenariusz. Osobny magnes tworzyła obsada, znacząco dobrana nawet w najmniejszych epizodach. Pytanie: czy dla widzów, którzy nie mają do czynienia z teatrem w ogóle (a takich z natury rzeczy jest większość przed telewizorami), serial był wciągający? Niewątpliwie miał lepszą famę niż oglądalność. Ale w telewizji już tak bywa, że nie zawsze to, co dobre dobrze się ogląda.

Patrzyłem jednak na Artystów z poczuciem, że twórcy stoją w rozkroku między tym, w czym czują się najlepiej (groteską – najogólniej rzecz biorąc) a wymogami serialowej konwencji, bliższej realizmowi. Oczywiście tzw. świat przedstawiony umożliwiał pewną tendencję do teatralności, przerysowania, w końcu oglądaliśmy opowieść o miejscu, które nie jest normalne. Być może lepszą propozycją dla reżyserki i dramaturga byłoby zaproszenie ich do stworzenia telewizyjnego kabaretu, który mógłby tak samo rozgrywać się w teatrze, mieć za bohaterów artystów, zmagających się z urzędnikami. Strzępka i Demirski nie ukrywają swojej fascynacji dawnym kabaretem Olgi Lipińskiej, inspiracje z niego płynące czasami czuje się w ich spektaklach teatralnych. Kabaretowa forma dałaby duetowi możliwość swobodniejszej wypowiedzi (postaci mogłyby się bardziej wygadać niż w serialu, co tak zresztą lubią w sztukach Demirskiego), pozwoliłaby mocniej nadepnąć pedał groteski, rozbuchać wyobraźnię, pójść na myślowe skróty. Ten rodzaj widowiska zwolniłby natomiast z balastu opowiadania historii, która musi rządzić się swoją logiką. No ale to są takie dobre rady wujka, gdy już jest po wszystkim.

Inna sprawa: czy Artyści, którzy powstali w intencji obchodów jubileuszu 250-lecia teatru publicznego, stworzyli jakąś zachętę, by ze sztuki tej w większym stopniu korzystać? Bywało przecież tak, że seriale odgrywały pozytywną rolę w propagowaniu różnych treści czy postaw. Ja nie mówię o takiej popularności serialowej, która sprawiała, że np. dzieci zaczynały bawić się w czołgistów. Lepszy i nowszy przykład: może serial Ojciec Mateusz nie spowodował zwiększenia powołań kapłańskich, ale podobno uczynił Sandomierz miastem o wiele chętniej odwiedzanym przez turystów. Czy po zakończeniu Artystów wzrośnie sprzedaż biletów w teatrach? Czy młodociani będą obwieszczać rodzicom: chcemy pracować w teatrze? Niestety obawiam się, że takiego sukcesu twórcy filmu nie odniosą. Trochę są sami sobie winni, ponieważ pokazali teatr jako miejsce nie tak przyjemne jakby z zewnątrz mogło się wydawać. Nie dziwota, że prezydent stolicy (w rolę tę wcielił się Maciej Nowak) przekręca słowo: teatr na „sreatr”, co nie jest wywołane tylko frustracją władzy, która nie może sobie poradzić z podległą instytucją. W części społeczeństwa serial mógł utwierdzać stereotyp ludzi teatru jako popaprańców i darmozjadów, którym należy się pogardliwe miano: „srartyści”.

Być może paradoks Artystów polega na tym, że to, co wydaje się słabością serialu stanowi równocześnie jego walor. Podobała mi się bowiem autoironia, z jaką duet potrafił przedstawić własne środowisko. Była w tym – niech to zabrzmi tym razem serio: prawda. Ale jeśli Strzępka i Demirski wydobyli śmieszności, nie zawsze mądrość i inne wady swoich bohaterów, to jednocześnie czuło się w tym obrazie – znów mówiąc wprost: miłość. Bez niej pewnie trudno wytrzymać w tym miejscu, jakim jest teatr. I z ludźmi, którzy w nim pracują. Dlatego też tak groźna jest wizja zamachu, jaki na teatr próbują dokonać ci, którzy go nie rozumieją, nie czują i którym wydaje się niepotrzebny. W serialu udało się go obronić (co prawda tylko filmowa wyobraźnia mogła podpowiedzieć, że sojusznikami w walce będą piłkarscy kibice), ale w rzeczywistości, jak dowodzą różne przykłady, nie zawsze się to dobrze kończy.

I jeszcze jeden komplement dla twórców serialu: w opowieści o dzisiejszym teatrze umieścili też duchy poprzedników, którzy go tworzyli. Teatr jest akurat miejscem, gdzie ta obecność wydaje się naturalna. Trudno się jej spodziewać na komendzie policji, w biurze czy w innych miejscach serialowej rzeczywistości. Duchy poprzedników w teatrze bywają obciążeniem, jeśli się je lekceważy, ale mogą być też pomocne. Dobrze jest z nimi umieć żyć.

A propos życia – nie będę pewnie oryginalny w wyznaniu, że chyba najpiękniejszym momentem w Artystach, takim, który na pewno pozostanie w pamięci, była scena, gdy w szpitalu umiera stara aktorka, grana przez Elżbietę Karkoszkę, a towarzyszy jej młoda aktorka (Marta Ojrzyńska). Stara wspomina jeszcze swoje życie, karierę – niezbyt udaną, a młoda karmi ją pomarańczami. Jeśli Monika Strzępka i Paweł Demirski byli zdolni, by zdobyć się na takie wzruszenie, to może nie są już tak „wściekli” jak byli do niedawna?

 

288 odwiedzin

Dodaj komentarz

Oznaczone pola są wymagane *.